31 views 7 mins 0 comments

ZAĆMIENIE KSIĘŻYCA 2018.

In 2018
17 sierpnia, 2018

Od jakiegoś czasu przejawiam duże zainteresowanie planetami, układem słonecznym i kosmosem. To zdanie brzmi skromnie, jak notatka w dzienniku lekarskim, a w rzeczywistości oznacza coś znacznie poważniejszego: rewolucję iście kopernikańską w mojej prywatnej orbicie zainteresowań. Zaczęło się niewinnie — jak większość wielkich katastrof i odkryć – od bajki Max i Ruby. Jeden z odcinków poświęcony był planetom i bardzo mi się spodobał.

Zacząłem o tym wszystkim opowiadać Stwórcom. Moje „opowiadać” to oczywiście eufemizm. To było coś bliższe nawracaniu, bardziej podobne do wypraw krzyżowych – szerzyć wiedzę z przekonaniem, że każdy musi ją poznać, niezależnie od tego czy chce, czy nie. Niedługo później, chyba tylko po to, żebym przestał już tyle nawijać, dostałem książeczkę National Geographic o planetach. I wyobraźcie sobie, że przez kilka tygodni była to moja jedyna lektura. Żadnych Carsów – Zygzak McQueen, przez jakiś czas jedyny idol, zdetronizowany przez kosmos. Żadnych Planesów – Dusty Popylacz, awansowany do panteonu stosunkowo niedawno, też musiał poczekać. Żadnych baśni. Żadnych Kopciuszków. Żadnych Czerwonych Kapturków. Żadnych braci Grimm. Zamiast baśni i bajek: fakty. Zamiast fikcji: rzeczywistość. I to jakaż rzeczywistość – taka, przy której każda fikcja blaknie. Na podwórku malowałem planety, a w parku cały układ słoneczny, przy którym zresztą pomagała mi jedna dziewczynka, kolorując Ziemię na zielono i niebiesko. No i cały czas nawijałem jakie to mamy planety (osiem) i że Pluton to planeta karłowata. Moja miłość do astronomii rosła jak wszechświat po Wielkim Wybuchu, a wisienką na torcie okazało się wydarzenie astronomiczne roku. Akurat złożyło się tak, że w 2018 miało mieć miejsce najdłuższe zaćmienie Księżyca. Moja radość i podniecenie osiągały, trzymając się astronomicznej nomenklatury, zenit. Oczywiście oznajmiłem wszem i wobec, że muszę je zobaczyć pomimo tego, że początek miał być o godzinie 22.30. I żadne protesty Stwórców nie miały tutaj najmniejszego znaczenia. Żadnego. Zero. Absolutne veto wobec ich veta.

W sądny wieczór, w okolicach dwudziestej pierwszej wykazywałem już duże oznaki znużenia. Takie, które widać gołym okiem, nawet bez teleskopu. Stwórcy poprosili więc abym położył się spać. Absolutnie wykluczone, oznajmiłem i dalej snułem się półprzytomny po mieszkaniu, jak ktoś, kto jest zbyt zmęczony, żeby spać, i zbyt senny, żeby nie spać. W końcu Ojciec powiedział, że mnie obudzi jak już zaćmienie się zacznie i bardzo niechętnie się zgodziłem, bo zgoda wymuszona okolicznościami to nie jest prawdziwa zgoda. To jest kapitulacja.

Stwórcy usiedli więc na balkonie, polali sobie winka i rozmawiali patrząc w niebo. Gdy minęła 22:30, a Księżyc był dalej widoczny w pełnej krasie – okrągły, jasny, nie wykazujący najmniejszej ochoty na dramatyczny cień – zaczęli się zastanawiać jak to całe zaćmienie ma wyglądać. Po kolejnych kilkunastu minutach Matka zaczęła wątpić czy ono w ogóle nastąpi i poprosiła Ojca, żeby sprawdził czy aby na pewno jest dzisiaj. Jak się można domyślać, Google powiedział, że zaćmienie jest w kolejny wieczór. Kiedy obudziłem się rano byłem bardzo, ale to bardzo niepocieszony, że Stwórcy mnie nie obudzili. Byłem święcie przekonany, że zaćmienie mnie ominęło i absolutnie nie chciałem przyjąć do wiadomości, że zaćmienie będzie dopiero w kolejny wieczór. Dopiero po dłuższej chwili Stwórcom udało się mnie przekonać i w końcu się uspokoiłem. 

Wieczorem wyjeżdżaliśmy na wakacje na Mazury i dojechaliśmy na miejsce dokładnie w okolicach dwudziestej drugiej trzydzieści. Po chwili zobaczyliśmy w końcu to całe zaćmienie i muszę przyznać, że byłem trochę rozczarowany. „Trochę” – znowu eufemizm, ale taki trochę elegancki. Nie zrobiło ono na mnie tak wielkiego wrażenia jakiego się spodziewałem.  Objawiło ono się tym, że Księżyc zrobił się czerwony jak Mars, który zresztą był bardzo dobrze widoczny zaraz obok. Taka kosmiczna ironia: jechałem oglądać zaćmienie Księżyca, a Mars pojawił się jako bonus, jak support na koncercie, który czasem okazuje się lepszy od głównej gwiazdy. A główna gwiazda (Księżyc) była po prostu… czerwona (jak suport). I tyle. Może oczekiwałem eksplozji, fajerwerków, kosmicznego show godnego Spielberga. Może wyobrażałem sobie coś, czego zaćmienie Księżyca z definicji nie może dostarczyć. Może problem tkwił nie w kosmosie, ale w mojej genialnej wyobraźni? Tego nie wiem na pewno, ale na pewno wiem, że niedługo później pożegnaliśmy widok nocnego nieba i wszyscy udaliśmy się do domu. Bo w końcu astronomia astronomią, ale nazajutrz były wakacje. I to było, trzeba przyznać, równie ważne.

Visited 1 times, 1 visit(s) today