Od samego początku – może z chlubnym wyjątkiem spektakularnego pojawienia się na świecie, które w porównaniu ze mną poszło mu sprawnie niczym ekspresowa odprawa na lotnisku – Bruno sprawiał wrażenie człowieka głęboko przywiązanego do idei oszczędzania energii. Nie chcę od razu rzucać hasłem „leniuszek”, bo brzmi to zbyt oceniająco, a poza tym historia zna wielu wielkich ludzi, którzy pozornie robili niewiele, zanim dokonali czegoś istotnego. Choćby Isaac Newton, który według legendy siedział sobie pod drzewem, zamiast produktywnie wykonywać jakąś pracę, po czym praktycznie wynalazł grawitację. Bruno zdawał się wyznawać podobną filozofię: po co się spieszyć, skoro prawa fizyki nigdzie nie uciekną.
Najpierw nie chciał się przekręcać na boki. To był etap, który większość dzieci traktuje jak oczywisty punkt programu – coś pomiędzy pierwszym uśmiechem a pierwszym rzuceniem jedzenia na podłogę. Bruno jednak najwyraźniej uznał, że obracanie się bez wyraźnej potrzeby jest czynnością podejrzanie zbędną. W pewnym sensie trudno mu odmówić logiki. Jeśli leżysz wygodnie i wszystko, czego potrzebujesz, znajduje się w zasięgu wzroku albo może zostać przyniesione przez dorosłych, po co komplikować sobie życie?
Później przyszła pora na raczkowanie. A raczej – teoretycznie przyszła, bo Bruno początkowo nie wykazywał większego zainteresowania tym rozdziałem rozwoju motorycznego. Inne dzieci raczkują z zapałem pionierów zdobywających Dziki Zachód, a Bruno podszedł do sprawy bardziej jak sceptyczny urzędnik analizujący nową procedurę administracyjną: czy to naprawdę konieczne? Czy nie da się tego obejść? Kiedy jednak już się przekonał, że może warto, okazało się, że w tej dziedzinie zamierza osiągnąć absolutne mistrzostwo. Na czworakach poruszał się z prędkością, która kazała podważyć kilka podstawowych założeń biologii. Udowodnił, że czworonożna lokomocja ma swoje zalety: szybkość, stabilność, brak konieczności balansowania. Był jak gepard. Tylko mniejszy i bez cętek.
Następnie doszedł do etapu chodzenia z chodzikiem i – trzeba to uczciwie przyznać – był w tym najlepszy. Właściwie to on nie chodził. On śmigał. Biegał przy nim niczym Forrest Gump. Rozwijał prędkości, które sugerowały, że gdyby tylko dopuścić niemowlęta do igrzysk olimpijskich, konkurencja sprintu miałaby zupełnie nowych faworytów.
Kolejny etap to chodzenie za paluszek. Paluszek jest w życiu dziecka czymś więcej niż palcem. To instytucja. To poręcz, system bezpieczeństwa, gwarancja bankowa i wsparcie psychologiczne w jednym. Z paluszkiem Bruno był gotów eksplorować świat. Bez paluszka? Proszę nie żartować. Z paluszkiem – chodził, czasem nawet całkiem dumnie. Bez niego wracał natychmiast do swojej sprawdzonej pozycji czterokołowej. Stwórcy, wspomagani przez ciocię Marzenę, próbowali wszystkiego. Zachęty, aplauz, demonstracyjne entuzjazmy po każdym pół kroku. Atmosfera przypominała trochę finał konkursu talentów, gdzie jury klaszcze z przesadnym zachwytem nawet wtedy, gdy uczestnik po prostu się nie przewrócił. Bruno pozostawał jednak niewzruszony. Czasem robił dwa kroki. Maksymalnie trzy. Po czym wracał na cztery kończyny z miną człowieka, który właśnie przetestował nową technologię i uznał, że jednak nie spełnia jego standardów jakości.
Przełom nastąpił dopiero podczas wakacji na Mazurach. Wakacje, jak wiadomo, mają szczególne właściwości. To taki czas, kiedy dzieci nagle uczą się rzeczy, których miesiącami odmawiały wykonania w domu. Jakby potrzebowały nowej scenografii, świeżego powietrza i lekkiej destabilizacji rutyny. No i miał jeszcze zdeterminowanego Dziadka, który chyba za punkt honoru postawił sobie nauczenie dzieciaka chodzić. Cały czas go zachęcał, mobilizował, ustawiał, dopingował. Było w tym coś z treningu sportowego, trochę z programu motywacyjnego, a trochę z przygotowań do ekspedycji na ośmiotysięcznik. Bruno najwyraźniej uznał, że skoro już wszyscy traktują tę sprawę z taką powagą, może warto rozważyć zmianę stanowiska. Po kilku razach „coś tam zagrało” (nikt nie wie dokładnie co, nikt nie wie dokładnie jak – ale coś) i zaczął częściej próbować wstawać i robić kroczki. Pomogła zapewne też trawa – miękka, wybaczająca błędy, znacznie bardziej przyjazna dla początkujących piechurów niż podłoga czy beton. Po kilku dniach prób zaczął robić po kilka kroczków, najczęściej od jednej osoby do drugiej. Co ciekawe, szybko zauważono pewną prawidłowość: najlepiej wychodziło mu to po zachodzie słońca. Za dnia bywał sceptyczny, zachowawczy, momentami wręcz konserwatywny w swoich ruchowych decyzjach. Wieczorem natomiast następowała wyraźna przemiana. Jakby wraz z zapadnięciem zmroku aktywował się jego ukryty tryb nocny. Być może Bruno jest sową. Być może ma duszę nocnego filozofa. A być może po prostu jest małym wampirkiem, który w pełni swoich możliwości funkcjonuje dopiero wtedy, gdy słońce znika za horyzontem. Prawdziwy przełom w chodzeniu nastąpił jednak podczas wakacyjnej olimpiady. Na „gotowi” podnosił się na nogi, „do biegu” stawał wyprostowany, a po usłyszeniu „start” ruszał w drogę na dwóch nogach. I to działało. Powtarzaliśmy więc cały rytuał wielokrotnie, niczym trenerzy odkrywający przełomową metodę szkoleniową. Bruno chodził od jednej osoby do drugiej, pokonując coraz dłuższe dystanse i nabierając coraz większej pewności siebie. Z każdym dniem wyglądało to lepiej. Kroki stawały się bardziej zdecydowane. Upadków mniej. Entuzjazmu więcej.
Po powrocie z wakacji chodzik odszedł na zasłużoną emeryturę – cichy bohater pierwszego etapu mobilności, którego wkład w rozwój sytuacji pozostanie niezapomniany, choć prawdopodobnie niedoceniony przez historię. Co najzabawniejsze, jeszcze przez długi czas nadal najlepiej wychodziło mu to dopiero po zachodzie słońca, jakby jego wewnętrzny zegar biologiczny był zsynchronizowany nie z dobą, lecz z fazami Księżyca. Teraz jednak śmiga już całkiem nieźle nawet rano, co oznacza, że proces ewolucyjny został oficjalnie domknięty. Homo erectus wrócił. Jeszcze chwila, a będziemy wyciągać dla niego Puky’ego! A wtedy zacznie się nowy etap. Etap prędkości. Etap pościgów. Etap, w którym wszyscy zatęsknimy za czasami, gdy największym problemem było to, że Bruno nie chciał zrobić trzech kroków bez paluszka.
