29 views 9 mins 0 comments

NIANIA NR 2.

In 2018
31 lipca, 2018

Po dwunastu miesiącach „wakacji”, które w pamięci Stwórców zapisały się prawdopodobnie jako okres przypominający kampanię Napoleona w Rosji, przyszedł czas na powrót Matki do pracy. Powrót do pracy dla kogoś bezdzietnego brzmi jak zwykła czynność administracyjna, dla rodzica jest to natomiast coś bardziej podobnego do powrotu astronauty na Ziemię po roku na orbicie. Wszystko wygląda znajomo, ale grawitacja działa inaczej. I w związku z tym – bo jedno wynika z drugiego jak noc z dnia, albo jak długi dług publiczny z krótkowzrocznej polityki fiskalnej – rozpoczęliśmy poszukiwania niani dla Bruna.

Bazując na doświadczeniu ze mną – bo w rodzicielstwie wszystko opiera się na precedensach, na tym co było, co zadziałało, co można powtórzyć – Stwórcy rozpoczęli poszukiwania dość późno. Zdecydowanie za późno, jeśli mam być szczery – a jestem szczery, bo szczerość to jedyna waluta, która się nigdy nie dewaluuje. Niestety nie wzięli pod uwagę jednego drobiazgu – że trzy i pół roku to bardzo długi czas. W polityce to prawie całe kadencje parlamentów, w sporcie to olimpiady i mistrzostwa świata, a w historii gospodarczej to cykle koniunkturalne. Na rynku pracy nianiek w Warszawie – to wręcz era geologiczna. Trzy i pół roku temu, gdy szukali niani dla mnie, rynek wyglądał inaczej. Płace były inne. Oczekiwania były inne. Świat był inny. Na ogłoszenie z takimi samymi warunkami, jak dla mojej niani – te same pieniądze, ten sam zakres obowiązków, ta sama dzielnica – przez pierwsze kilka dni dostali całą jedną odpowiedź. Na ofertę poprawioną – całe trzy odpowiedzi, z czego jedna z osób powiedziała, że chce zdecydowanie więcej na godzinę, niż było w ogłoszeniu. Stwórcy byli załamani i szczerze mówiąc, nie bardzo wiedzieli jak do sprawy podejść. Odłożyli więc problem na jeszcze później z nadzieją, że sam się rozwiąże, co było mniej więcej tak racjonalne, jak wiara w to, że remont skończy się w terminie i budżecie albo że polityk dotrzyma obietnicy wyborczej. A czas płynął nieubłaganie dalej…

Któregoś dnia Ojciec w drodze do domu musiał zrobić zakupy, zajechał więc, nie wiedzieć czemu (bo w zasadzie nigdy praktycznie tam nie jeździ) do Reduty. To „nie wiedzieć czemu” jest tutaj kluczowe, bo to jest moment, w którym przypadek wkracza do akcji. Po drodze z Carrefoura zobaczył cukiernię Sowa i pomyślał, że kupi domownikom coś pysznego. Obsługiwała miła, komunikatywna dziewczyna i od słowa do słowa wyszło, że pracowała i pracuje po godzinach jako opiekunka do dzieci. To był moment jak w tych filmach romantycznych, gdy przypadkowe spotkanie okazuje się początkiem czegoś większego. Tylko że tutaj zamiast romansu było inne słowo na „r” – rekrutacja. Sprawiła na nim dobre wrażenie, więc wziął numer telefonu i nazajutrz Matka zadzwoniła, żeby umówić spotkanie. Gdyby były jakieś inne kandydatki, to do spotkania zapewne by nie doszło, bo umawianie trwało tydzień. Innych kandydatek było jednak jak na lekarstwo, więc nie mieli wyjścia. Kiedy jednak Paulina w końcu przyszła na rozmowę, zrobiła na wszystkich bardzo dobre wrażenie (gradacja w stosunku do „dobrego wrażenia” z cukierni). Potwierdzone, pogłębione, rozszerzone na całą rodzinę. Okazało się również, że jest zainteresowana pracą na ¾ etatu. Trzy czwarte – to nie tylko matematyka, ale też psychologia. Nie pełny etat, więc tańsze. Nie pół etatu, więc wystarczające. Nie za dużo, nie za mało, w sam raz. Ojciec od razu stwierdził, żeby ją zatrudnić – decyzyjność godna Steve’a Jobsa, ten rodzaj stanowczości, który przychodzi, gdy opcji jest mało, a czas nagli. Matka była w miarę przekonana, a Babci, która akurat u nas była – również się spodobała. Długo więc nie czekając, Matka potwierdziła chęć współpracy, Paulina również i w ten oto sposób Bruno dorobił się niani. Nie wiem co o niej sądzi – bo Bruno jeszcze nie mówi, a jego opinie są wyrażane poprzez płacz albo jego brak, ale z mojej strony mogę powiedzieć, że to zdecydowanie moja ulubiona niania, szczególnie po jednym z tygodni, kiedy Babcia zajmowała się Brunem, a ja codziennie jeździłem z nią na wycieczki.

Przez jakiś czas wszystko szło dobrze. Znacie to wyrażenie „Wszystko szło dobrze”. Jest to zdanie, które w każdej narracji jest zapowiedzią zwrotu akcji. Jak cisza przed burzą. Jak „ale” przed złymi wiadomościami. Najwyraźniej jednak coś nie działało. Któregoś dnia zaczęła opowiadać różne historie i stwierdziła, że prawdopodobnie będzie musiała wrócić do domu, aby zająć się rodzicami. Powód, który brzmi szlachetnie, altruistycznie, jak coś, czego nie można zakwestionować. Jak powołanie się na siłę wyższą. Jak usprawiedliwienie, którego się nie kwestionuje, bo byłoby to niemoralne. Stwórcy od razu byli jednak przekonani, że najwyraźniej znalazła jakąś inną pracę. Ojciec po prostu stwierdził, że okazała się typową wiejską cwaniarą. To nie była co prawda głęboka, socjologiczna analiza, raczej emocjonalna reakcja, która w tym momencie wyrażała rozczarowanie Ojca. Cały czas ściemniała, kłamała w żywe oczy, a brewka jej nawet nie pykła, co potwierdziło się w dniu pożegnania. Ani razu nie powiedziała, że nas polubiła, a zasadzie to nic nie powiedziała. Cisza w miejscu, gdzie powinny być słowa – np. że szkoda jej, że to już koniec, że będzie tęsknić za nami, itp. Te wszystkie rzeczy, które ludzie mówią – czasem szczerze, czasem z uprzejmości, ale które mówią, bo taka jest konwencja, etykieta, sposób rozstania się po ludzku. „Słoma wyszła z butów”, zgodnie stwierdzili Stwórcy. Niestety, ale widocznie tak miało być. Szkoda, bo przyzwyczaiłem już się do niej, Bruno zresztą też. 

Stwórcy za to mają teraz orzech do zgryzienia co robić dalej. Powrót do poszukiwań. Powrót do tego wszystkiego, co już raz było, tylko że teraz z jeszcze większą presją, bo Matka wróciła do pracy, a życie toczy się dalej, niezależnie od tego, czy mamy niańkę, czy nie.

Visited 1 times, 1 visit(s) today