Początek roku szkolnego wypadł tym roku wyjątkowo przewrotnie, w sobotę. To trochę tak, jakby ktoś zaplanował rozpoczęcie wakacji na wtorek o 14:30 albo Sylwestra na środę rano. Niby technicznie możliwe, ale człowiek ma poczucie lekkiego zachwiania porządku świata. Stwórcy uznali jednak, że można tę okazję wykorzystać i zrobić sobie lokalną wycieczkę. Pomysł wyjazdu nie wziął się zresztą znikąd. Od jakiegoś czasu chodził za mną wyjazd do centrum. Jak natrętna melodia, która nie chce opuścić głowy, albo jak myśl o tym, że człowiek koniecznie musi coś zrobić, choć nie do końca wie co i dlaczego. Najprawdopodobniej była to mieszanka kilku czynników:
Po pierwsze: tęsknota za obiecaną przez Ojca nocką na Elektoralnej i wycieczką po centrum Warszawy, która została brutalnie storpedowana przez mój pobyt w szpitalu. Szpital, jak wiadomo, jest wyjątkowo słabym substytutem atrakcji turystycznych, niezależnie od tego, jak przyzwoita jest opieka medyczna i jak miłe są pielęgniarki.
Po drugie: całkiem możliwe, że w przedszkolu odbyły się jakieś zajęcia o Warszawie albo o centrum miast. Takie rzeczy mają dziwną zdolność zapadania dzieciom w pamięć, podczas gdy rodzice nie mają o nich absolutnie żadnego pojęcia. W przedszkolach odbywa się zresztą mnóstwo tajemniczych aktywności, o których dorośli dowiadują się wyłącznie pośrednio, zazwyczaj w formie nagłych obsesji. Jednego dnia dziecko wraca i zaczyna opowiadać o wulkanach. Drugiego o średniowiecznych rycerzach. Trzeciego koniecznie chce jechać do centrum.
I tak, przez kilka dni, regularnie zadawałem Stwórcom to samo pytanie:
Kiedy pojedziemy do centrum?
Kiedy pojedziemy do Warszawy?
Kiedy pojedziemy na wycieczkę?
I tak w kółko. Metodycznie. Konsekwentnie. Z determinacją godną lobbysty walczącego o ustawę korzystną dla swojego sektora gospodarki. Po którymś razie Stwórcom zaczęły więdnąć uszy na samo słowo „wycieczka”. Dlatego w piątek wieczorem, najwyraźniej w akcie desperacji połączonej z próbą zachowania resztek zdrowia psychicznego, usiedli do komputera i zaczęli googlować atrakcje w centrum Warszawy. Rankiem zostałem oficjalnie poinformowany, że jedziemy na wycieczkę do centrum. Dodatkowo oznajmiono mi, że będzie niespodzianka. Niespodzianka jest jednym z najpotężniejszych narzędzi motywacyjnych w historii wychowania dzieci. Działa skuteczniej niż racjonalne argumenty, pedagogiczne strategie i większość systemów nagród. Oczywiście natychmiast chciałem wiedzieć, jaka to niespodzianka. To pytanie zadawałem z równie imponującą częstotliwością, z jaką wcześniej pytałem o wycieczkę. I równie bezskutecznie. Stwórcy zachowali żelazną dyscyplinę informacyjną. Bruno natomiast zachowywał się wobec całej sprawy z charakterystycznym dla siebie spokojem. Temat niespodzianki interesował go mniej więcej tak bardzo, jak przeciętnego człowieka aktualne kursy frachtu morskiego na Oceanie Indyjskim. Dla niego najważniejsza była podróż pociągiem.
Kiedy dotarliśmy do centrum, moją uwagę niemal natychmiast przyciągnęły Złote Tarasy. I trudno się dziwić, bo dach Złotych Tarasów wygląda trochę tak, jakby ktoś postanowił połączyć architekturę z falą morską, gigantyczną bańką mydlaną i poważnym kryzysem estetycznym początku XXI wieku. Jest jednocześnie efektowny i trochę absurdalny, co czyni go idealnie warszawskim. Natychmiast zarządziłem marsz w tamtym kierunku. Pokrążyliśmy trochę wewnątrz, ale Ojciec dość szybko przekonał mnie, że siedzenie w galerii handlowej przy tak pięknej pogodzie jest marnotrawstwem czasu i trudno było się z tym nie zgodzić. Ruszyliśmy więc dalej ulicą Emilii Plater i za Pałacem Kultury skręciliśmy w prawo, gdzie moim oczom ukazało się wejście do muzeum i flaga, na której widniał dinozaur. I to był moment, w którym wszelkie pozostałe elementy rzeczywistości przestały mieć znaczenie. Na jego widok pognałem do przodu niczym Zygzak McQueen w szczytowej formie. W środku były trzy zrekonstruowane szkielety dinozaurów. To było jak spełnienie marzeń, tylko lepsze, bo nie trzeba było nic sobie wyobrażać – one tam po prostu były. Biegałem więc jak szalony od jednego do drugiego, od drugiego do trzeciego, a potem znowu do pierwszego. Krążyłem po muzeum z energią elektronów wokół jądra atomowego, choć z wyraźnie mniej przewidywalną trajektorią, wydając przy tym dźwięki będące czymś pomiędzy okrzykami zachwytu, próbami imitacji prehistorycznych stworzeń a ekspresją czystej, nieskażonej radości. Stwórcy nieustannie mnie upominali. Po pierwsze: nie biegać. Po drugie: nie krzyczeć. Po trzecie: nie biegać. Po czwarte: nie krzyczeć. Były to uwagi jak najbardziej uzasadnione z punktu widzenia funkcjonowania instytucji muzealnej, ale całkowicie pozbawione sensu z punktu widzenia dziecka oglądającego dinozaury. Nic do mnie nie docierało. Naprawdę nic, czego najlepszym dowodem jest brak jakiegokolwiek ostrego i w miarę dobrze skomponowanego zdjęcia
Po muzealnym szaleństwie przyszedł czas na drugie śniadanie przy fontannach w Parku Świętokrzyskim i powrót do domu na drzemkę Bruna. Po krótkim spacerku na dworzec i ku wielkiej uciesze Brata wsiedliśmy do pociągu i pomknęliśmy z umiarkowaną prędkością na naszą stację.
