Jak mawiają starzy górale – a jeśli nie mawiają, to powinni – nadeszła wiekopomna chwila. Po raz pierwszy w naszych stosunkowo krótkich żywotach, szczególnie w przypadku Bruna, Stwórcy postanowili zostawić nas samych. No dobrze, „samych” to oczywiście pewne nadużycie semantyczne, bo zostaliśmy pod opieką dziadków, czyli ludzi z doświadczeniem, cierpliwością i zasobami przekąsek, które zdają się nie mieć dna. Niemniej jednak bez Stwórców. Bez tych dwóch centralnych figur naszego wszechświata. Było to wydarzenie porównywalne z pierwszym lotem w kosmos – niby człowiek wie, że kiedyś to nastąpi, ale gdy przychodzi co do czego, robi się jednak odrobinę nieswojo.
Temat separacji powracał zresztą regularnie. Stwórcy wielokrotnie prowadzili rozmowy na temat tego, że „ciągle wszędzie z dziećmi”, że „nawet na chwilę nie można zostawić ich samych”, podczas gdy inni – ci legendarni „inni”, zawsze lepiej zorganizowani i bardziej wyluzowani – od dawna przyzwyczajają swoje potomstwo do okresowego znikania. Ojciec szczególnie upodobał sobie wracanie do tego wątku, niczym polityk do niespełnionej obietnicy wyborczej przeciwników. W końcu jednak nadarzyła się okazja idealna. Wszyscy byli zdrowi (co samo w sobie zasługiwało na osobne święto), dziadkowie byli chętni, a Stwórcy mieli dużo pracy oraz zapewne jeszcze więcej ambitnych planów, które w ich głowach brzmiały jak tygodniowy reset życia.
Zostaliśmy więc uprzedzeni, że czekają nas ferie u dziadków. Informacja ta została podana z wyprzedzeniem, jak komunikat lotniczy o opóźnionym rejsie – niby wiadomo wcześniej, ale i tak nie wiadomo, co z tym zrobić. Ja do końca przekonany nie byłem. Owszem, rozumiałem, że kiedyś ten moment musiał nadejść, ale teoria i praktyka to dwie różne galaktyki. Z drugiej strony – jeśli już być porzuconym przez Rodziców, to gdzie lepiej niż u dziadków? Bruno natomiast, jak to Bruno, nie do końca chyba rozumiał skalę wydarzeń i po prostu cieszył się na wyjazd, jakbyśmy jechali do Disneylandu, a nie na pierwszy w historii rodzinny eksperyment psychologiczny. Dotarliśmy późnym wieczorem w piątek i od razu przeszliśmy do standardowego trybu pobytu u dziadków, czyli szaleństw przed telewizorem do godzin, które w normalnych warunkach zostałyby uznane za społecznie nieakceptowalne. W którymś momencie Ojciec poszedł położyć Bruna spać. I tutaj wydarzyło się coś, co można nazwać przypadkowym punktem zwrotnym: Bruno poszedł spać… bez smoczka. Bez tego małego silikonowego artefaktu, który przez długi czas był dla niego tym, czym Excalibur dla króla Artura. Trochę się poprzekręcał, trochę powiercił, ale ostatecznie zasnął. I tak, zupełnie mimochodem, rozpoczęło się odstawianie od smoczka, do którego Stwórcy zbierali się od miesięcy z energią ludzi planujących remont łazienki.
Następnego dnia rano Stwórcy wręczyli nam standardowy pakiet pożegnalny: buziak, przytulak i chwilę później machali już do dwóch małych sylwetek stojących w oknie. Było nam bardzo smutno. Smutek ten miał jednak żywotność jogurtu z krótkim terminem ważności, bo dziadkowie natychmiast uruchomili program odwracania uwagi. Coś pokazali, coś zaproponowali, czymś zajęli i obyło się bez większych dramatów. Plan był zresztą chytry i dobrze przemyślany. Na początek Stwórcy pojechali tylko do Olsztyna – na jedną noc. To była wersja beta wolności. Taki lot testowy na krótkim dystansie, żeby w razie awarii szybko zawrócić. Gdyby wybuchła jakaś większa afera emocjonalna z naszej strony, mogli wrócić niemal natychmiast. Nic takiego się jednak nie wydarzyło, dzięki czemu zaliczyli w Olsztynie bardzo przeciętny obiad w czeskiej knajpie oraz całkiem niezłe kino. Obejrzeli film Faworyta, który, sądząc po nazwie, brzmi jak coś między dramatem kostiumowym a poradnikiem korporacyjnym. W niedzielę przyszedł czas na szybkie zwiedzanie zamku, w którym działał Mikołaj Kopernik – słynny astronom i człowiek odpowiedzialny za to, że wszyscy musieli pogodzić się z faktem, iż Ziemia jednak nie jest centrum wszechświata. Później odwiedzili jeszcze galerię sztuki, gdzie oglądali obrazy Aleksandra Roszkowskiego. Najbardziej utkwił im w pamięci obraz jeziora podczas deszczu, co brzmi jak bardzo polski wybór estetyczny: melancholia, woda i niebo w odcieniach szarości. Po tej dawce kultury uznali, że czas wracać do Warszawy. Na rogatkach Olsztyna jeszcze raz zadzwonili upewnić się, czy dzieci żyją, a dziadkowie nie planują ucieczki w Bieszczady. Po otrzymaniu komunikatu, że wszystko jest pod kontrolą, ruszyli w kierunku siódemki. Do Warszawy dotarli całkiem wcześnie, więc Matka – najwyraźniej uskrzydlona wolnością – rzuciła hasło: kino. Tym razem padło na Green Book w Kinie Luna. Dotarli tam z dużym zapasem czasu, co doprowadziło ich – zupełnym przypadkiem, rzecz jasna – do Bistro La Cocotte. Tam spożyli po kieliszku house red, co brzmi dokładnie jak zachowanie ludzi, którzy nagle przypomnieli sobie, że istnieje życie po godzinie dziewiętnastej. Dopiero potem udali się na seans, który okazał się jednocześnie wesoły, pozytywny i całkiem głęboki, czyli był dokładnym przeciwieństwem większości codziennych rozmów o tym, kto ostatnio zmieniał pieluchę.
Tymczasem dziadkowie przez resztę tygodnia zorganizowali nam tyle atrakcji, że właściwie nie było czasu myśleć o Stwórcach. Gry, zabawy, wygłupy, codzienna dawka chaosu oraz nawet jazda na nartach biegowych. Tak, nartach biegowych. Wiek dziecięcy najwyraźniej nie chroni przed sportami wytrzymałościowymi. Kiedy jednak w sobotę rano Stwórcy wrócili, okazało się, że jednak bardzo za nimi tęskniliśmy. Przynajmniej przez kilka pierwszych minut. Były przytulasy, wzruszenia i atmosfera jak na końcu hollywoodzkiego filmu. Po czym, zgodnie z odwiecznymi prawami dziecięcej psychologii, wszystko błyskawicznie wróciło do normy. Oni znowu stali się zwykłymi Rodzicami, my zwykłymi dziećmi, a tydzień wolności przeszedł do historii jako eksperyment zakończony sukcesem. Ku zaskoczeniu wszystkich zainteresowanych.
