34 views 7 mins 0 comments

NIANIA NR 3, A NAWET 4.

In 2019
01 marca, 2019

Nie mamy szczęścia do niań. To zdanie można by już właściwie wydrukować, oprawić w ramkę i powiesić gdzieś w centralnym punkcie mieszkania jako rodzinne motto ostatnich miesięcy. Najpierw była Paulina – obiecujący początek, dobre wrażenie, szybka rekrutacja i nadzieja, że tym razem los wreszcie się do nas uśmiechnął. Oczywiście, jak już wiecie, los miał inne plany i Paulina po pewnym czasie odeszła, zostawiając po sobie pustkę logistyczną i konieczność rozpoczęcia całego procesu od nowa. Potem pojawiła się Henia. To był epizod krótki, ale intensywny. Bruno bowiem postanowił przeprowadzić własny, bezkompromisowy proces rekrutacyjny i bardzo szybko wydał werdykt negatywny. Kompletnie jej nie tolerował. Nie chodziło nawet o zwykłą dziecięcą rezerwę czy nieśmiałość. To był konflikt systemowy, dopasowanie jak Demokraci i Republikanie. Na szczęście – dla wszystkich zainteresowanych stron – po miesiącu sama odeszła, dzięki czemu nikt nie musiał udawać, że „może jeszcze się dotrzemy”. Rozpoczęliśmy więc kolejne poszukiwania. A raczej Stwórcy rozpoczęli, bo ja ograniczałem się do biernej obserwacji tego spektaklu, który z każdym tygodniem coraz bardziej przypominał casting do filmu, którego nikt nie chce produkować. Generalnie nie szło najlepiej. A w zasadzie to nie szło wcale. Kandydatki pojawiały się sporadycznie, wymagania finansowe szybowały w górę niczym ceny nieruchomości w centrum Warszawy, a czas nieubłaganie płynął. Terminy goniły, cierpliwość malała, a poziom frustracji Stwórców osiągał wartości niebezpiecznie zbliżone do czerwonego pola. I wtedy, jak to zwykle bywa w historiach rodzinnych, gdzie kluczowe wydarzenia dzieją się trochę przez przypadek, trochę przez znajomości, a trochę przez interwencję sił wyższych, pojawiła się Justyna. Szczerze mówiąc, nawet nie pamiętam już dokładnie, jak Stwórcy zdobyli do niej namiary. Być może ktoś polecił, być może ktoś znał kogoś, kto znał kogoś. W każdym razie okazało się, że jest zainteresowana pracą. Stwórcom się spodobała, ona najwyraźniej również nie uciekła z przerażeniem po pierwszym spotkaniu, więc bez zbędnych formalności została zatrudniona. Idealna oczywiście nie była, ale w tym momencie ideał był kategorią czysto teoretyczną, czymś na poziomie kwarków. Najważniejsze było to, że my z Brunem bardzo ją polubiliśmy. A to w końcu jest waluta najcenniejsza. Jeśli dzieci są zadowolone, świat Stwórców jakoś się kręci.

Przez pewien czas wszystko działało zaskakująco dobrze. A skoro wszystko działało dobrze, było niemal pewne, że za chwilę coś się popsuje. I rzeczywiście – po kilku miesiącach okazało się, że Justyna planuje wyjazd za granicę. To zdanie spadło na Stwórców z siłą małego meteorytu. Oczywiście bardzo się „ucieszyli”. Ta radość miała mniej więcej taki sam charakter jak entuzjazm człowieka, który dowiaduje się, że po raz trzeci w tym roku musi wymieniać zepsutą pralkę. Wróciła więc perspektywa kolejnego ogłoszenia, kolejnych rozmów kwalifikacyjnych, kolejnego analizowania CV, grafików i oczekiwań finansowych. Wszystkiego tego, co Stwórcy kochają najbardziej, tuż obok korków w piątek po południu i nocnych pobudek. Jednak po kilku dniach zaczęła kiełkować w ich głowach inna myśl. Taka myśl, która początkowo wydaje się szalona, ale z każdą kolejną godziną zaczyna brzmieć coraz rozsądniej.

Może to już czas na żłobek?

Bruno ma przecież dwa lata. To już nie jest mały, bezradny niemowlak. To pełnoprawny członek społeczeństwa dziecięcego: uwielbia bawić się z innymi dziećmi, bardzo dużo rozumie i nawet całkiem ładnie mówi. Wiosna właśnie się zbliżała, więc teoretycznie ryzyko chorób powinno maleć – przynajmniej w teorii, bo praktyka dziecięcych infekcji rządzi się prawami bardziej nieprzewidywalnymi niż giełda kryptowalut. Im dłużej Stwórcy analizowali temat, tym bardziej im się podobał. Sprawdzili więc kilka żłobków w okolicy, dokonali selekcji niczym komisja ockarowa i wybrali jeden. W tym tygodniu Bruno rozpoczął proces wdrażania, czyli łagodne wejście w nowy system operacyjny życia codziennego. Jak dotąd – i tutaj proszę o zachowanie ostrożnego optymizmu – jest prawie idealnie. Prawie, ponieważ istnieje jeden drobny problem. Inne dzieci. A konkretniej ich nieustanna gotowość do wymiany drobnoustrojów. Koledzy i koleżanki okazali się bowiem nie tylko partnerami do zabawy, ale też niezwykle hojnymi dystrybutorami bakterii i wirusów. Efekt jest taki, że Bruno regularnie wraca ze żłobka z katarem, który zdaje się mieć własne życie. Poza tym jednak nie ma na co narzekać. No dobrze, może jest jeszcze kwestia porannych awantur. Każde odstawienie do żłobka odbywa się w atmosferze umiarkowanego dramatu. Bruno protestuje z przekonaniem godnym związkowca walczącego o prawa pracownicze, wyraża niezadowolenie bardzo donośnie i sprawia wrażenie, jakby właśnie był oddawany do placówki penitencjarnej o zaostrzonym rygorze. Problem polega na tym, że cały ten spektakl kończy się mniej więcej trzydzieści sekund po wejściu do sali. Po minucie jest już bardzo dobrze, a po dwóch nikt o niczym nie pamięta. Są zabawki, są dzieci, są nowe bodźce i najwyraźniej Stwórcy przestają być aż tak niezbędni. Co, trzeba przyznać, jest jednocześnie bardzo wygodne i odrobinę obraźliwe. Ale taki chyba właśnie jest postęp.

Visited 1 times, 1 visit(s) today