34 views 7 mins 0 comments

DŁUGI WEEKEND.

In 2019
11 listopada, 2019

Korzystając z dobrej pogody, obecności Ojca w weekend oraz nadmiaru domowych obowiązków, które skutecznie uziemiły Matkę w mieszkaniu, wybraliśmy się na typowo męską wyprawę do miasta. Plan był prosty, przejrzysty i – wydawałoby się – niemożliwy do zepsucia. Najpierw dinozaury, później jakieś dodatkowe atrakcje i wspólnie spędzony czas. Brzmiało jak scenariusz idealny. Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, postanowiła jednak dorzucić od siebie kilka niespodzianek.

Pociągiem dotarliśmy pod Pałac Kultury i już na starcie byliśmy z Brunem lekko zdezorientowani. Okazało się bowiem, że do muzeum dinozaurów trzeba jeszcze całkiem sporo iść. Ostatnim razem droga była zdecydowanie krótsza. Nie jestem do końca pewien, czy to kwestia dziecięcej pamięci, czy może po prostu nogi miałem wtedy krótsze, ale byłem przekonany, że muzeum znajduje się praktycznie tuż obok dworca. Jakoś jednak dotarliśmy na miejsce, po drodze mijając kolejne budynki, ludzi i inne elementy miejskiej infrastruktury, które zupełnie nas nie interesowały. I wtedy nastąpił pierwszy zwrot akcji – muzeum było zamknięte. To był cios. Nie ukrywam, byłem bardzo niepocieszony. Człowiek cały poranek żyje wizją spotkania z tyranozaurem, a tu taki zimny prysznic. I to na samym początku dnia! W tej sytuacji postanowiłem szybko przejąć inicjatywę i zarządziłem plan awaryjny. Skoro nie ma dinozaurów, to idziemy na kawę. Decyzja była jednogłośna. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze piekarnię, gdzie każdy dostał po pączku, co samo w sobie już znacząco poprawiło nastroje ekipy. Następnie ruszyliśmy w kierunku Cosmopolitana. Tam w Cafe Nero Ojciec zamówił nam gorącą czekoladę z imponującą ilością bitej śmietany. Była tak dobra, że praktycznie momentalnie zapomnieliśmy o całym dinozaurowym rozczarowaniu. W takich chwilach człowiek zaczyna rozumieć, że niektóre problemy życiowe naprawdę można rozwiązać odpowiednią dawką cukru. Konsumpcja nie zajęła nam dużo czasu, bo – jak wiadomo – gorąca czekolada z bitą śmietaną nie jest produktem, który da się celebrować przesadnie długo. Chwilę później byliśmy już gotowi na dalsze eksplorowanie miasta.

Na pierwszy ogień poszła przejażdżka metrem. Najpierw do Pola Mokotowskiego, później z powrotem do Centrum. Sama jazda była atrakcją wystarczającą, bo metro wciąż ma dla nas w sobie coś z technologicznej magii. W Centrum przesiedliśmy się następnie do pociągu na Okęcie i tam dopiero zaczęła się prawdziwa zabawa. Lotnisko okazało się absolutnym strzałem w dziesiątkę, a nawet w jedenastkę, gdyby istniała. Obejrzeliśmy chyba z dwadzieścia startów, lądowań, kołowań oraz wszystkie inne czynności lotniskowe, które dla przeciętnego dorosłego wyglądają podobnie, ale dla dzieci stanowią niekończące się źródło fascynacji. Można było obserwować samoloty z bliska, analizować ich wielkość, kolory i kierunki lotów. Szczególnie Bruno był w swoim żywiole. Na sam koniec tej lotniskowej idylli zauważyłem sklep z samolotami Playmobil. I tutaj historia nabrała zupełnie nowego tempa. Dalszego przebiegu wydarzeń właściwie nie trzeba opisywać szczegółowo. Wystarczy powiedzieć, że bardzo szybko przestaliśmy zmierzać w kierunku pociągu powrotnego, a zaczęliśmy prowadzić zaawansowane negocjacje handlowe, połączone z analizą dostępnego asortymentu i grubością portfela Ojca. Do domu wróciliśmy więc nieco później niż pierwotnie zakładaliśmy.

Następnego dnia czekała nas kolejna wycieczka, tym razem już w pełnym składzie rodzinnym. Spakowaliśmy rowery, piłkę i ruszyliśmy na Pole Mokotowskie. Przez chwilę graliśmy w piłkę, ale dość szybko uznałem, że znacznie lepszym wykorzystaniem czasu będzie skierowanie całej grupy w stronę placu zabaw. Po zaliczeniu wszystkich dostępnych atrakcji – a przynajmniej tych, które uznałem za warte uwagi – Stwórcy zaprosili nas na kolejną kawę. Tym razem obraliśmy kurs na Eko Park. Kawa była równie dobra jak dzień wcześniej, choć niestety ilość bitej śmietany pozostawiała pewien niedosyt. Jak się później okazało, nie był to przypadek, lecz efekt wyraźnej interwencji Stwórców, którzy uznali, że poziom spożycia cukru zaczyna niebezpiecznie zagrażać stabilności rodzinnego funkcjonowania. Na szczęście niedobory zostały częściowo zrekompensowane kajzerką. Po uzupełnieniu kalorii, załatwieniu wszelkich potrzeb fizjologicznych oraz krótkim spacerze ruszyliśmy w kierunku samochodu.

I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o nasz długi weekend. Ojciec po powrocie zabrał komputer i udał się popracować, a my wróciliśmy do domu na obiad, którego – co raczej nikogo nie powinno dziwić – zjedliśmy symboliczne ilości. Po dwóch dniach intensywnego testowania pączków, gorącej czekolady, kajzerek i innych przekąsek trudno było jeszcze wygospodarować miejsce na jakikolwiek normalny posiłek. Takie są właśnie koszty dobrze przeżytego weekendu.

Visited 1 times, 1 visit(s) today