29 views 6 mins 0 comments

ŚWIĘTO ZMARŁYCH.

In 2019
01 listopada, 2019

Mamy piękną, złotą polską jesień. Przynajmniej od czasu do czasu, bo aura o tej porze roku potrafi zmieniać się szybciej niż plany Stwórców na weekend. Staramy się więc korzystać z dobrej pogody, kiedy tylko nadarza się okazja. Wszyscy wiedzą, że jesień to równia pochyła – dziś jeszcze słońce, przyjemne kilkanaście stopni i spacer bez kurtki, a jutro człowiek zaczyna się zastanawiać, czy wychodzenie z domu ma w ogóle sens. Łapiemy więc każdy promień słońca niczym zawodowi kolekcjonerzy dobrej pogody.

Ten weekend zapowiadał się wyjątkowo obiecująco, głównie za sprawą pewnego słynnego święta, które dla nas – podobnie jak dla większości dzieci – ma dokładnie zerowe znaczenie. Dorośli masowo ruszyli na cmentarze, więc my, zgodnie z zasadą unikania tłumów, postanowiliśmy pojechać w zupełnie przeciwnym kierunku. Na pierwszy ogień poszły Wilcze Doły pod Piasecznem. Byliśmy tam zresztą całkiem niedawno z Matką i rodziną Bąków i wspomnienia mieliśmy bardzo pozytywne. Tym razem ruszyliśmy jednak w składzie wyłącznie rodzinnym, co – jak można się domyślać – oznaczało mniej pogaduszek dorosłych, a więcej biegania, wspinania i ogólnego chaosu. Na miejscu czas spędziliśmy w sposób wysoce produktywny, czyli biegając dookoła wieży oraz wspinając się na wszystko, na co dało się wspiąć. Drzewa oczywiście cieszyły się największym zainteresowaniem. Po eksploracji przenieśliśmy się na drugą stronę zbiorników wodnych, gdzie odkryliśmy tamę, wake park oraz basen w remoncie. Brzmi może niezbyt spektakularnie, ale dla dzieci wystarczy naprawdę niewiele, żeby uznać wycieczkę za udaną (ta obserwacja jest zarówno zachwycająca, jak i trochę smutna, jeśli się nad nią dłużej zastanowić). I w zasadzie mogłoby się na tym skończyć. Ale nie tym razem. Ojciec, jak to Ojciec, nie potrafi chyba funkcjonować bez dokładania do planu kolejnych atrakcji. To jego supermoc i przekleństwo jednocześnie – nieustanne przeświadczenie, że gdzieś za następnym zakrętem jest coś jeszcze lepszego. W trakcie naszych zabaw zdążył wygooglować przeprawę promową przez Wisłę. Matka dorzuciła do zestawu jeszcze jakiś zamek i decyzja zapadła błyskawicznie – jedziemy dalej, w stronę Góry Kalwarii.

My, dzieci, byliśmy jednak kompletnie nieświadomi tej nagłej zmiany planów, ponieważ zaraz po wejściu do auta dopadł nas Morfeusz. To wręcz fascynujące, jak skutecznie działa samochód – wystarczy zapiąć pasy, a po kilku minutach człowiek traci kontakt z rzeczywistością równie skutecznie jak podczas wykładu z rachunku różniczkowego. Po dotarciu na miejsce – na miejsce, o którym nie wiedzieliśmy, że istnieje, bo spaliśmy – nie byliśmy specjalnie zachwyceni perspektywą kolejnego spaceru, ale jak zwykle nasze zdanie miało charakter czysto konsultacyjny. Zostaliśmy więc wyciągnięci z auta i skierowani w stronę ruin zamku. Samo zwiedzanie było dość symboliczne, ponieważ – jak łatwo się domyślić – podczas długiego weekendu wszystko było zamknięte. Obejrzeliśmy więc zamek zza bramy i szybko wróciliśmy do samochodu. Nie tracąc czasu, ruszyliśmy na prom. Dotarliśmy idealnie, niemal w ostatniej chwili, ale wtedy okazało się, że jest jeden drobny problem: nie mamy gotówki, a prom kart nie przyjmuje. Dla przeciętnego człowieka byłby to zapewne moment załamania. Nie dla Ojca. On należy do ludzi, którzy małe przeszkody traktują jak dodatkową atrakcję. Zawróciliśmy więc w poszukiwaniu bankomatu. Gdzieś po drodze, jadąc praktycznie na oparach, znaleźliśmy bankomat, a następnie zajechaliśmy szybko na Orlen zatankować. Tam dostaliśmy po croissancie, co natychmiast poprawiło morale całej załogi. Teraz już wszelkie niedogodności przestały istnieć. Na prom dotarliśmy niedługo potem, już w pełni przygotowani, zarówno finansowo, jak i żołądkowo. Sama przeprawa była super. Początkowo trochę się stresowałem, bo jednak samochód na łodzi brzmi jak koncept wymagający dużego zaufania do inżynierii. Szybko jednak mi przeszło i nawet wyszedłem z Ojcem z auta, żeby podziwiać, jak majestatycznie przeprawiamy się przez Wisłę. 

Po drugiej stronie rzeki nie pozostało już nic innego, jak powoli wracać do domu. Klasycznie, po intensywnym dniu większość pasażerów zaczęła sukcesywnie odpadać. Na szczęście wyjątek stanowił kierowca, co w tego typu sytuacjach jest jednak dość istotne. No i jak na porządny weekend przystało, na koniec był jeszcze obowiązkowy postój na pizzę w Amodo Mio. Po skonsumowaniu przepysznej – jak zawsze – wróciliśmy do domu syci, zmęczeni i bardzo zadowoleni. Krótko mówiąc: jesień, jeśli odpowiednio rozegrana, potrafi być naprawdę całkiem przyjemna.

Visited 1 times, 1 visit(s) today