37 views 7 mins 0 comments

KULTURA NA WYSOKOŚCIACH.

In 2018
23 czerwca, 2018

Pewnej czerwcowej niedzieli, która była jak każda inna niedziela czerwca, z tym samym słońcem i tym samym poczuciem, że poniedziałek czai się tuż za rogiem — niedługo po mojej ostatniej wizycie w szpitalu (opisywanej wcześniej w tonie sugerującym kampanię Napoleona w Rosji, choć w rzeczywistości chodziło o kilka dni na oddziale zakaźnym), pojechałem z Ojcem na wycieczkę do miasta. Cel był szlachetny, niemal altruistyczny: Matka miała odpocząć podczas drzemki Brata.

Podjechaliśmy tu i tam. Zaliczyliśmy skromne drugie śniadanie – i to „skromne” to eufemizm w stylu brytyjskim, jak gdyby Winston Churchill mówił o „małych trudnościach” podczas Bitwy o Anglię. Po prostu sucha bułka z jedynej otwartej piekarni. Po konsumpcji zastanawialiśmy się co robić dalej – bo to jest fundamentalne pytanie większości niedziel: co teraz? Dokąd teraz? Po co w ogóle? Nie mieliśmy bladego pojęcia, ale przejeżdżając przez plac Grzybowski, Ojciec przypomniał sobie, że na ostatnim piętrze budynku Cosmopolitan jest wystawa prac Fangora. Długo się nie zastanawiając – bo czasem najlepsze decyzje to te podjęte impulsywnie, bez kalkulacji, bez planów B i C – zatrzymaliśmy się i weszliśmy do środka. Okazało się, że następna tura jest za czterdzieści pięć minut. Czterdzieści pięć minut – to jest czas, w którym można zrobić wiele: wypić kawę, przeczytać rozdział książki, przemyśleć życie. Albo po prostu poczekać, jak my. Decyzja rozsądna. Dojrzała. Taka, którą podejmują ludzie, którzy wierzą, że kontrolują swój czas. Jednak po kilku minutach czekania – może pięciu, może dziesięciu, trudno powiedzieć, bo czas w recepcjach budynków płynie w swoim czasie – Ojciec przypomniał sobie, o moim antybiotyku. Którego oczywiście nie mieliśmy przy sobie. I to był ten moment, w którym sztuka przegrała z farmakologią. Na wystawę więc nie poszliśmy, wróciliśmy do domu. 

Tydzień lub dwa później – bo czas w rodzinie z małymi dziećmi jest płynny i niepoliczalny – znowu wybraliśmy się na niedzielną wycieczkę do miasta, tym razem wszyscy czworo: Ojciec, Matka, Bruno i ja. Pełen skład jak Beatlesi, tylko bez talentu muzycznego i z większą liczbą przekąsek. Korzystając z ładnej pogody, zaczęliśmy od kawy i spaceru w okolicach Elektoralnej. I tak sobie spacerowaliśmy, gdy komuś zderzyły się komórki – Fangor! Szybko więc obraliśmy kurs na Cosmopolitan. Na miejscu okazało się, że na najbliższą turę zwiedzania wystawy nie było już miejsc. Krótka narada i dwa pytania egzystencjalne:- czy dzieci będą głodne (tak) i czy Bruno zaśnie (również tak, ale oczywiście nie wtedy, kiedy trzeba). Zapisaliśmy się więc na kolejną turę, która była za dwie godziny. Sto dwadzieścia minut, siedem tysięcy dwieście sekund. W kategoriach dorosłych: chwila. W kategoriach rodzicielskich: wieczność. I co tu robić? Padło na Halę Gwardii. Miejsce, które było kiedyś czymś innym (jak wszystko w Warszawie), a teraz jest centrum kulinarnym, gdzie w weekendy otwarte są budki z jedzeniem z całego świata – od Wietnamu przez Meksyk po Włochy, cała geografia na talerzach. I to też jest kultura, tylko inna, kulinarna. Pojechaliśmy więc coś przekąsić – bo dzieci były głodne (zawsze są), bo Stwórcy byli głodni (zawsze są, gdy jest okazja by zjeść na mieście), bo jedzenie jest tym, co scala rodziny od czasów, gdy ludzie siedzieli przy ognisku w jaskiniach. Powodów zresztą było co najmniej sto dwadzieścia. Ani się obejrzeliśmy (choć to wyrażenie jest kłamstwem, bo oczywiście obejrzeliśmy się nie raz), musieliśmy wracać na Twardą. Tam mieliśmy jeszcze chwilę, więc szybko wypiliśmy coś niezdrowego w Nero, zagryzając to jeszcze bardziej niezdrowym deserem. I wróciliśmy na recepcję budynku – gotowi, naładowani kofeiną i cukrem, przygotowani na sztukę. Po krótkiej chwili oczekiwania w kolejce do windy wjechaliśmy na samą górę i udaliśmy się na wystawę. Widok był piękny. Większość ludzi nie mogła się zdecydować czy podziwiać prace Fangora – te abstrakcyjne koła, które są i nie są kołami, czy też piękne widoki Warszawy i okolic, rozciągające się na trzy strony świata przez wielkie, wysokie na kilka metrów okna. Ja mogę stwierdzić, że była to kultura wysoka. Dosłownie – bo czterdzieste piętro to jest wysoko, prawie na wysokości, gdzie samoloty już myślą o lądowaniu. I w przenośni – bo Fangor to jest sztuka wysoka, ta której większość ludzi nie rozumie, ale wszyscy czują, że powinni. I większość ludzi najprawdopodobniej miało podobne odczucia do moich.

Mogę więc powiedzieć, że po wizycie w Gemäldegalerie w Berlinie – tam, gdzie są Rembrandty i Vermeery – teraz znowu się wszyscy ukulturalniśmy. I jeśli kolejne wystawy będą równie atrakcyjne, to ja się nie mogę doczekać! I to jest szczery wykrzyknik. To nie jest kurtuazja, to nie jest uprzejmość. To jest prawdziwe oczekiwanie, bo okazało się, że kultura – ta wysoka, ta na czterdziestym piętrze, ta z Fangorem i widokami – nie jest nudna. Okazało się, że można łączyć drugie śniadanie z malarstwem abstrakcyjnym. Okazało się, że Warszawa ma swoje wysokie punkty – dosłownie i w przenośni. I że nie zawsze jest do trzech razy sztuka, czasami sztuka jest do dwóch. I to się liczy.

Visited 1 times, 1 visit(s) today