29 views 8 mins 0 comments

LOKALNE WYCIECZKI JESIENNE.

In 2018
16 września, 2018

Ten weekend był bardzo udany. Stwórcy najwyraźniej uznali, że skoro jesień nieuchronnie nadciąga, a wraz z nią krótsze dni, gorsza pogoda i ogólne poczucie, że człowiek najchętniej zawinąłby się w koc niczym burrito, należy wykorzystać każdą okazję do rodzinnych wycieczek. I rzeczywiście się postarali, organizując atrakcje dla całej rodziny. Co ciekawe, nic tego specjalnie nie zapowiadało. Już na pewno nie pogoda, która może nie była dramatyczna, ale do słonecznej i ciepłej Italii brakowało jej mniej więcej tyle, ile polskiej pizzy do oryginalnej neapolitany.

Najpierw wybraliśmy się… no właśnie, donikąd konkretnego. Plan był bowiem wyjątkowo ambitny w swojej prostocie: nie mieć żadnego planu. Mieliśmy po prostu pojechać gdzieś razem, spędzić miło popołudnie, a przy okazji odebrać moje puzzle. Taki miejski freestyle, improwizacja w wersji rodzinnej, gdzie wszystko zależy od pogody, humorów dzieci i dostępności miejsc parkingowych. Po drodze mijaliśmy Stadion Narodowy i po krótkim namyśle Stwórcy uznali, że skoro już tu jesteśmy, to warto się zatrzymać. Decyzja okazała się przysłowiowym strzałem w okienko. Mnie okolica od razu przypadła do gustu – ogromne, płaskie przestrzenie są przecież stworzone do brawurowej jazdy na rowerze, gwałtownych manewrów i nieuniknionych kraks, które z niewiadomych przyczyn wciąż mi się przydarzają. Bruno również wyglądał na zachwyconego, zwłaszcza gdy dostrzegł monumentalne schody prowadzące pod wejścia na trybuny. Tak mu się spodobały, że odciągnięcie go od nich nie było zadaniem prostym i trochę wody zdążyło upłynąć w pobliskiej Wiśle, zanim udało się go przekonać, że świat nie kończy się na schodach. A jeszcze więcej, zanim udało nam się po nich wejść. W końcu ruszyliśmy dalej, obchodząc stadion po najmniejszym możliwym okręgu w poszukiwaniu wejścia głównego. Spacer był przerywany regularnymi komunikatami Bruna, który najwyraźniej uznał się za jednoosobowe centrum monitoringu transportowego. Co chwilę słyszeliśmy więc alarmujące okrzyki: że jedzie tramwaj, że jedzie autobus, że leci samolot, albo że pojawił się jeszcze jakiś inny pojazd wart natychmiastowego odnotowania. Po dotarciu do wejścia głównego okazało się, że można wejść na trybuny. Taka okazja nie mogła zostać zmarnowana. Natychmiast ruszyliśmy więc do środka. Było całkiem fajnie, z jednym drobnym mankamentem: ktoś ukradł murawę. Stadion bez murawy jest trochę jak pizza bez sera albo kino bez ekranu – technicznie nadal istnieje, ale czegoś ewidentnie brakuje. W ramach rekompensaty poskakaliśmy po krzesełkach, weszliśmy prawie na samą górę i podziwialiśmy widoki. Udało nam się też spotkać wyjątkowo miłych ludzi, którzy nie tylko zrobili nam rodzinne zdjęcia, ale nawet przesłali je później mailem. W epoce, w której większość kontaktów międzyludzkich ogranicza się do wymiany spojrzeń pełnych nieufności w kolejce do kasy samoobsługowej, taki gest zasługuje na odnotowanie.

Niedziela przyniosła pogodę nieco bardziej sprzyjającą spacerom – nadal nie była to słoneczna Italia, ale przynajmniej nie było powodów, by rozpaczać. Już od rana planowany był więc następny wypad do miasta. Oczywiście, zgodnie z rodzinną tradycją, udało się wyjechać z mniej więcej godzinnym opóźnieniem. Punktualność przy małych dzieciach jest bowiem pojęciem tak samo abstrakcyjnym jak czyste mieszkanie. Tym razem zaczęliśmy od przejażdżki metrem. Dokładnie jednego przystanku – z Centrum na Świętokrzyską. Nie była to może podróż godna Kolei Transsyberyjskiej, ale Bruno był zachwycony, jakby właśnie odbywał pierwszą ekspedycję na Księżyc. Problem pojawił się w momencie wysiadania, bo ani myślał opuszczać wagonu. W zasadzie poruszał się wszędzie, tylko nie w kierunku wyjścia. Po długich negocjacjach, które nie przyniosły efektu, Matka podjęła jedyną możliwą decyzję – wzięła go pod pachę i wyniosła na powierzchnię. Taka akcja musiała wywołać gwałtowną reakcję. Poziom jego krzyku osiągnął natężenie startującego samolotu. Na szczęście po wyjściu na powierzchnię szybko odzyskał dobry humor. Następnym punktem programu była Costa, gdzie Stwórcy zamierzali wykorzystać kupony na darmową kawę oraz skonsumować drugie śniadanie. Plan niemal się powiódł, gdyby nie ulubiona przeszkoda architektoniczna w życiu Bruna – schody. Bruno, jak już zdążyliście się zorientować, traktuje schody z nabożnym wręcz uwielbieniem i rzadko opuszcza je dobrowolnie. Ostatecznie dopiero szantaż ciasteczkami przyniósł oczekiwany rezultat.

Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej Świętokrzyską w kierunku Wisły. Po minięciu budynku NBP skręciliśmy w bramę i naszym oczom ukazało się Centrum Pieniądza NBP. Matka podchodziła do tej atrakcji dość sceptycznie – muzeum o pieniądzach brzmi bowiem mniej więcej tak ekscytująco, jak seminarium podatkowe dla początkujących. Jak się jednak okazało, zupełnie niesłusznie. Już po kilku minutach zarówno ona, jak i Ojciec zgodnie stwierdzili, że chyba nie byli jeszcze w lepszym muzeum. Nam, dzieciom, również bardzo się podobało. Z każdym kolejnym pomieszczeniem poziom entuzjazmu rósł niczym magiczna fasola z bajki – szybko, gwałtownie i najwyraźniej bez górnej granicy. Gdy nadeszła pora wyjścia spowodowana pilną potrzebą drzemki Bruna, wszyscy opuszczaliśmy muzeum z wyraźnym poczuciem niedosytu. A to chyba najlepsza możliwa rekomendacja dla jakiegokolwiek miejsca.

Na pocieszenie dostaliśmy certyfikaty ukończenia kursu obsługi bankomatu oraz wydrukowane potwierdzenie wizyty. Jedyne, czego zabrakło do pełni szczęścia, to możliwość wydrukowania banknotów z naszą podobizną. Niestety, ta funkcja najwyraźniej pozostaje jeszcze w fazie rozwoju. Szkoda, bo myślę, że Bruno bardzo chętnie zaakceptowałby płatności walutą z własną twarzą.

Visited 1 times, 1 visit(s) today