Są rodziny, które jeżdżą na wakacje w nowe miejsca, bo nudzą się starymi, i są rodziny, które jeżdżą w te same miejsca rok po roku, bo lubią tam wracać albo po prostu coś tam zostawiły i muszą to odebrać. My zazwyczaj należymy do pierwszej kategorii, ale zdarza nam się zrobić skok w bok to tej drugiej, z tą różnicą, że rzecz, po którą wracamy, zmienia się w zależności od sezonu. Raz jest to zapomniane zdjęcie na szczycie, raz brakująca pieczątka, innym razem wchodzimy dla towarzystwa, a czasami przeszkodzą nam dolegliwości natury medycznej. Majówka od trzech lat wygląda więc tak samo: najpierw Świniary, potem Kotlina Kłodzka i szczyty z korony. W tym roku wróciliśmy na Rudawiec, który zbiera nasze kolejne podejścia z cierpliwością kogoś, kto wie, że w końcu i tak wygramy, ale za łatwo wygrać nam nie da.
Weekend miał być pod hasłem „slow” — nie gonić, nie zaliczać z wywalonym ozorem, dać sobie spokój z planem i po prostu być. To piękna idea, naprawdę piękna, i piszę to bez ironii, bo szczerze w nią wierzyliśmy, przynajmniej przez pierwszych kilka godzin. Wyjechaliśmy w piątek o jedenastej i dotarliśmy do Świniar o czternastej, w sam raz na obiad, po którym był spacer, trochę pomagania przy posesji, trochę piłki, trochę kina, trochę zabawy i nagle była dwudziesta druga, bo tak właśnie działa czas w Świniarach. Płynie inaczej niż wszędzie indziej, wolniej i szybciej jednocześnie, jak u kogoś, kto jest zrelaksowany i szczęśliwy i dlatego nie patrzy na zegarek, a potem jak już popatrzy to nie może uwierzyć. Tak, ja też nic nie rozumiem z tego zdania, ale bardzo mi się podoba! W sobotę znowu niespiesznie, wyjazd około jedenastej, najpierw krótkie zaliczenie Kłodzka, uroczego miasteczka, z dobrą pizzą i średnimi lodami, z twierdzą na wzgórzu, do której nie zdążyliśmy wejść, bo slow weekend nie oznacza, że mamy cały dzień. Następny przystanek potem Zieleniec, bo gdzieś przepadło nam zdjęcie ze szczytu Orlicy. Na szczęście trasa na Orlicę jest krótka, a do tego Bruno znalazł po drodze skrót, więc była jeszcze krótsza. Pieczątka nadal ta sama, więc nie wbijaliśmy jej do książeczek, zdjęcie przy kamieniu zrobione, misja wykonana. Niedługo później zameldowaliśmy się w Białej Perle w Siennej i zajęliśmy się tym, czym lubimy na wyjazdach najbardziej – kinem, zabawą i spożywaniem niezdrowych przekąsek w ilościach, które w innych okolicznościach wymagałyby zrobienia rachunku sumienia.
W niedzielę, wierni duchowi slow weekendu, wstaliśmy już przed ósmą, szybko zebraliśmy manatki, szybko przekąsiliśmy śniadanie i szybko ewakuowaliśmy się z hotelu, po czym szybko ruszyliśmy na Przełęcz Płoszczynę, gdzie szybko ubraliśmy się w dodatkową warstwę ciuchów (wiał silny wiatr i było około dwunastu stopni) i szybkim tempem ruszyliśmy na zielony szlak (żeby się rozgrzać ma się rozumieć). I w tym momencie, pisząc to zdanie, widzę wyraźnie, że slow weekend był bardziej życzeniem, po którym rzeczywistość kiwnęła głową i poszła swoją drogą. Ale teraz w końcu mogliśmy zwolnić, naprawdę! Trasa na początku była dość wymagająca kondycyjnie i kiepska widokowo. Rozjeżdżona przez drwali leśna autostrada, która na szczęście zmieniła się na lepsze, szczególnie od rozwidlenia szlaków zielonego i czerwonego. Temperatura rosła, wiatr trochę odpuścił i co chwila na horyzoncie pojawiał się Śnieżnik z wielką wieżą na szczycie, górujący nad krajobrazem niczym Puig Major na Majorce. Po dwóch godzinach dotarliśmy na szczyt Rudawca, wbiliśmy pieczątki, zrobiliśmy zdjęcie, zjedliśmy coś i przez chwilę po prostu siedzieliśmy, patrząc jak od strony Bielic ciągną tłumy i rozkoszując się myślą, że nasz zielony szlak był niemal pusty (minęliśmy zaledwie kilka osób przez całą drogę). To jest jedna z tych rzeczy, za które kochamy górskie wycieczki: że można wybrać inaczej niż większość i że inaczej prawie zawsze znaczy lepiej.
Cała zielona trasa prowadzi wzdłuż granicy, więc po drodze jest milion słupków granicznych, na które Bruno postanowił wskoczyć. Dosłownie na wszystkie! Zaczął już w drodze na górę, od Rudych Krzyży, i kontynuował z uporem kogoś, kto podjął decyzję i nie zamierza z niej rezygnować tylko dlatego, że jest ich więcej niż myślał, że są wyższe niż wyglądały z daleka, że nogi odmawiają współpracy, że sił coraz mniej po kilkunastu kilometrach marszu, że to był po prostu głupi pomysł. To jest w Brunie coś, co obserwuję z rosnącym szacunkiem — zdolność do wyznaczenia sobie zadania całkowicie dobrowolnie, bez żadnego zewnętrznego nacisku i trzymania się go wtedy, gdy rozsądek podpowiada, żeby odpuścić. Na ostatni słupek, najwyższy z całej trasy, wdrapał się sam, wykończony jak maratończyk na czterdziestym pierwszym kilometrze. Stanął na nim z uśmiechem, który był trochę dumą, trochę ulgą, a trochę tym specyficznym wyrazem twarzy dziecka, które właśnie udowodniło sobie coś ważnego, choć nie powiedziałoby co dokładnie, gdybyś zapytał.
Nie pozostało nic innego, jak tylko ruszyć w drogę powrotną. Po drodze czekała na nas Puchaczówka z pysznym obiadem, a potem już tylko długi sznur powracających majówkowiczów aż do Domasławia. Tam wyrzuciliśmy Ojca, który musiał zastąpić wujka Radka i już tylko we trójkę ruszyliśmy dalej do Warszawy. My i wszystkie nasze pieczątki, zdjęcia i słupki graniczne. I to ciche poczucie, że Rudawiec w końcu jest nasz, i że przyszła majówka w końcu nie będzie w Kotlinie Kłodzkiej. Chyba.
