Modlitw nie było, bo i po co. Nie od dziś wiadomo, że nie działają, a już na pewno nie wtedy, kiedy człowiek naprawdę ich potrzebuje, o czym mógłby zaświadczyć każdy kibic reprezentacji Polski w piłce nożnej. Pogoda nad Bałtykiem w lipcu jaka jest każdy wie. Tylko my (a w zasadzie to Stwórcy) żyliśmy naiwną nadzieją, że tym razem będzie inaczej. Nie było! Całe pięć słonecznych dni na trzynaście pobytu – to statystyka, która w każdym innym kontekście zostałaby uznana za klęskę żywiołową. I w zasadzie to zdanie powinno wystarczyć za opis naszych głównych wakacji w tym roku. Tradycja jednak zobowiązuje, więc spróbuję szybko opowiedzieć, jak wyglądało pięć pięknych i osiem bardzo średnich dni nad Bałtykiem. Szybko oczywiście nie będzie, bo jak wiadomo, u mnie nawet opowieść o kiepskiej pogodzie potrafi rozrosnąć się do rozmiarów epopei.
W drodze do Lubiatowa zahaczyliśmy o Malbork. Czasu nie mieliśmy zbyt dużo, więc zdążyliśmy zrobić tylko selfiacza na tle zamku. Historia została więc potraktowana zgodnie z duchem naszych czasów: monumentalna budowla, wielowiekowe dziedzictwo, a na pierwszym planie my, plecami do historii, przodem do obiektywu, z twarzami sugerującymi, że właśnie odkryliśmy aparat fotograficzny. Zamek odhaczony, zdjęcie zrobione, można jechać dalej. Zahaczyliśmy też o przekop. Ten przekop. Ten za dwie duże bańki przekop. Szału nie było, jestem przekonany, że wydałbym taką kwotę zdecydowanie lepiej. Przeszliśmy się wzdłuż i zobaczyliśmy jak bardzo ruchliwe jest to przejście – cała jedna malutka żaglóweczka. I żeby ta łódeczka mogła przepłynąć, zatrzymano ruch samochodowy, przekręcono mosty i… tyle. Bareja by tego nie wymyślił. W każdym razie odhaczone. I raczej nigdy więcej tam nie wrócimy, chyba że ktoś zbuduje po drodze lodziarnię z darmowymi lodami. Wtedy bylibyśmy gotowi jeszcze raz podziwiać ten cud polskiej inżynierii. Ruszyliśmy dalej, do Lubiatowa, do „Domków Kapitańskich”. Dotarliśmy późnym popołudniem i tutaj zaskoczenie – przywitało nas słońce! Szybko rozpakowaliśmy samochód, zwiedziliśmy okolicę i nie pozostało nic innego, jak pojechać sprawdzić czy morze jest mokre i zimne. Było. Następnego dnia spotkaliśmy się z Leną i wspólnie poszliśmy na spacer. W lesie nazbieraliśmy pudełko świeżutkich jagód i pobawiliśmy się trochę z psami, po czym ruszyliśmy dalej plażą, bo przecież ten jod sam się nie wdechnie. Na plaży wiało tak, że głowy urywało. Na szczęście szliśmy z wiatrem! Po spacerze, już rowerami, pojechaliśmy do odkrytej przez Lenę i jej rodziców Cafe Fika, gdzie można było dostać przepyszną kawę, jeszcze pyszniejsze naleśniki i najpyszniejsze na świecie canoli. To miejsce stało się naszym codziennym, obowiązkowym punktem dnia, niezależnie od pogody, planów czy stopnia pełności żołądka. Była to jedno z tych miejsc, do których człowiek jeździ nie dlatego, że ma po drodze, ale wręcz gotów jest zmienić całą trasę, żeby mieć po drodze.
Czy wspominałem już, że pogoda była bardzo średnia? Nie? To stwierdzam: była. Temperatury zniechęcały do przebywania na plaży, o kąpieli nie wspominając. Na szczęście Domki Kapitańskie miały dla nas świetną niespodziankę. Okazało się, że przed sezonem postawiono wiatę z jacuzzi i sauną. Te dwie małe rzeczy uratowały nam pierwszy tydzień wakacji, niczym nieoczekiwana odsiecz oblężonej twierdzy. Jak tylko zjeżdżaliśmy do domu późnym popołudniem, od razu wskakiwaliśmy do ciepłego jacuzzi. Jacuzzi miało tę przewagę nad morzem, że było ciepłe, nie wiało w nim po uszach i nikt nie musiał udawać, że kąpiel w nim jest elementem hartowania charakteru. Stwórcy natomiast udawali się do sauny wygrzać stare i przemarznięte kości. Kolejność przymiotników pozostawiam do dyskusji, choć po kilku dniach nad Bałtykiem „przemarznięte” wydawało się jednak ważniejsze niż „stare”.
Jak już wspominałem – tak, wiem, wiele razy, ale muszę to regularnie podkreślać, żeby wbiło się w pamięć, jak gwóźdź w deskę – pogoda nie zachęcała do plażingu, tym bardziej do kąpieli w morzu. Musieliśmy więc urozmaicać sobie pobyt. Na pierwszy ogień poszło Trójmiasto. Zaczęliśmy od portu w Gdyni, gdzie właśnie wpływał duży wycieczkowiec! Bruno był zachwycony, ja tak sobie, Lena w zasadzie wcale. Ale nic to. Najważniejsze, że po przybiciu statku do nabrzeża nadszedł czas na obiad – w końcu coś dobrego dla naszych brzuchów – pizza w Pizza La Vita. A później już pędem do Amber Arena i sklepu Lechii, z małą przerwą na kulturę w Sopocie – w Państwowej Galerii Sztuki. Prace były… Może powiem inaczej – młodzież dostała zadanie znalezienia najbrzydszego „dzieła” sztuki i uczciwie muszę przyznać, że konkurencja była wielka niczym w Premier League! Dopiero na pierwszym piętrze pojawiły się eksponaty, które mogły się spodobać takim młodym osobnikom, jak my. Na drugim piętrze było już całkiem fajnie, bo można było dotykać i oglądać pod lupą przykłady materiałów, z których wykonano obrazy i rzeźby. Wreszcie sztuka przemówiła językiem zrozumiałym dla każdego dziecka: można było czegoś dotknąć, coś powiększyć i nie trzeba było udawać, że rozumie się, dlaczego obraz kosztuje tyle, ile kosztuje. Na koniec kupiliśmy plakaty i w końcu mogliśmy ruszyć do mojego punktu dnia, czyli na stadion. Tutaj spotkało mnie małe rozczarowanie, bo sklep był zamknięty. Na szczęście tuż obok były kartingi, które przyciągnęły Bruna niczym elektromagnesy w CERNie. Nawet Lena chętnie skorzystała z okazji (to był jej pierwszy raz na kartingach) i pomimo trudnych warunków (kropił deszcz i było bardzo ślisko) z uśmiechem na twarzy kręciła kółka, zarówno wokół toru, jak i własnej osi. Był to rodzaj jazdy, który łączył sport motorowy z elementami tańca współczesnego. My zresztą nie byliśmy dużo lepsi! Po tej niespodziewanej przygodzie nie pozostało nam nic innego jak wracać do Lubiatowa, a że droga prowadziła w pobliżu lotniska… możecie się domyślić, że takiej okazji Bruno nie mógł przepuścić. Okazało się, że jest tam całkiem fajny punkt widokowy, więc postaliśmy sobie w deszczu i obejrzeliśmy kilka lądowań i odlotów. Mamy nawet świetne zdjęcie z KLM-em nad nami. Człowiek mokry, zmarznięty, ale za to szczęśliwy. Przynajmniej Bruno.
Kolejne dni mijały nam na jeżdżeniu na plażę, jeżdżeniu do Cafe Fika i jeżdżeniu po okolicy bliższej – do Białogóry czy do Stilo oraz tej nieco dalszej. W gruncie rzeczy wakacje składały się z przemieszczania między miejscami, w których było zimno, mokro albo jedno i drugie, z regularnymi przerwami na kawę, naleśniki i cannoli. Gdyby ktoś spojrzał na nasze wakacje wyłącznie przez pryzmat kilometrów, mógłby dojść do wniosku, że byliśmy na objazdowym tournée po północnej Polsce! Po tygodniu mieliśmy po dziurki w nosie kiepskiej pogody. Do tego doszła przeprowadzka do Lenivca, gdzie co prawda była klimatyzacja (chyba do grzania!), ale nie było jacuzzi ani sauny. Był to wyraźny krok wstecz, może nie w rozwoju cywilizacyjnym, ale zdecydowanie w jakości naszego pobytu. Człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się do luksusów, a jeszcze szybciej zauważa ich brak. Skorzystaliśmy więc z zaproszenia Leny do Sianożęt, gdzie spędzali drugi tydzień wakacji. I to był strzał w przysłowiową dziesiątkę. Pogoda może nie była chorwacka, turecka czy indonezyjska, ale było ciepło i było słońce! Po tygodniu spędzonym na analizowaniu każdego promienia słońca jak naukowcy badający rzadkie zjawisko astronomiczne, nawet zwykła przyzwoita pogoda wydawała się niemal cudem. Spędziliśmy cały dzień na plaży, schrupaliśmy pierwszą (i ostatnią) bałtycką rybkę i mocno się zastanawialiśmy, czy nie zostać na noc. Wizja kolejnego dnia w słońcu była bardzo kusząca, a wizja powrotu do Lubiatowa miała w sobie coś z dobrowolnego wygnania. Prognoza w Lubiatowie zapowiadała się jednak przyzwoicie – czytaj: miało nie padać i mogło pojawić się trochę słońca. Pożegnaliśmy się więc kawą (dorośli) i lemoniadą (dzieci) w kawiarni Level 5 na dachu jednego z hoteli, z zachodzącym słońcem nad morzem w tle. Był to bardzo przyjemny moment, choć trudno było całkowicie zapomnieć, że trzeba wrócić do rzeczywistości, czyli do miejsca bez sauny i jacuzzi, za to z możliwością wystąpienia opadów. Na szczęście kolejne dni to były te z pogodą, więc oczywiście nie narzekaliśmy, choć mogliśmy! Człowiek może mieć swoje zasady, ale kiedy po tygodniu deszczu pojawia się słońce, nagle staje się wyznawcą wdzięczności i przestaje narzekać. Przynajmniej na kilka dni. Jeździliśmy codziennie na plażę z Jankiem G. i jego całą wielką ekipą. Po rozłożeniu kilku parawanów plaża była nasza! Powstawało coś pomiędzy nadmorską twierdzą a samowystarczalnym miasteczkiem. Zaliczyliśmy też u nich grilla połączonego z graniem w Hitstera oraz wyżerką wielkich ilości niezdrowych przekąsek. Takie wakacje to ja rozumiem! Szkoda tylko, że pogoda przyszła tak późno.Lubiatowo żegnaliśmy bez większych emocji. Co prawda było znośnie, szczególnie w drugim tygodniu, ale szału nie było. Ciepłe morze i gwarancja pogody na główny urlop są jednak bardzo potrzebne — zwłaszcza jeśli człowiek ma dzieci, które oczekują wakacji z wodnymi szaleństwami, a nie kursu przetrwania. Stwórcy zgodnie stwierdzili, że nigdy więcej na główny urlop nad polskie morze. Przynajmniej nie w lipcu. I tutaj jest pełna rodzinna zgodność. Co, biorąc pod uwagę historię tegorocznych planów wakacyjnych, samo w sobie można uznać za całkiem udany finał.
