2 views 4 mins 0 comments

FERIE 2026.

In 2026
31 stycznia, 2026

Tośmy się nachodzili do szkoły. Całe osiem dni nauki i znowu przerwa – tym razem ferie. Trudno nie odnieść wrażenia, że system edukacji wreszcie zaczyna dostosowywać się realnych potrzeb uczniów. Ledwo człowiek zdążył sobie przypomnieć, jak wygląda szkolna ławka i poranne wstawanie, a już można było ponownie wrócić do trybu życia wakacyjnego.

Plan na ferie był. Pierwszy tydzień na Mazurach, drugi tydzień na nartach. Po raz pierwszy od kilku lat istniała realna szansa, że zimowy wyjazd nie będzie polegał wyłącznie na patrzeniu przez okno i zastanawianiu się, gdzie podziała się zima. Tym razem aura wreszcie dopisała. Śniegu może nie było po pachy, ale wystarczyło, żeby pokryć ten cały brud i szarość. Do tego porządne mrozy, dzięki którym zamarzły jeziora, a krajobraz zaczął wyglądać tak, jak zimowy krajobraz wyglądać powinien. Stwórcy odwieźli nas do Świętajna w sobotę i praktycznie od razu przeszliśmy do działania. Ledwo zjedliśmy rosół – swoją drogą wybitny, jak to zwykle bywa u babci – i już chwilę później sprzęt do narciarstwa biegowego wylądował w samochodzie. Kierunek: las. Oczywiście nie obyło się bez kilku mniej lub bardziej widowiskowych upadków, ale w tym właśnie tkwi istota sportów zimowych. Jeśli człowiek nie zaliczył choć jednego efektownego kontaktu ze śniegiem, trudno mówić o pełnowartościowej zabawie. Frajda była ogromna. Na tyle duża, że po skończonej przejażdżce Bruno wraz z Matką uznali, iż jazda była zdecydowanie zbyt krótka i zamiast wracać samochodem, postanowili pokonać drogę powrotną od cmentarza, gdzie zaparkowaliśmy auto, na nartach. Niedziela wyglądała bardzo podobnie. Warunki były idealne – kilka stopni mrozu i pełne słońce – więc grzechem byłby ich nie wykorzystać. Do zabawy dołączył nawet Ojciec, który postanowił osobiście sprawdzić, o co tyle hałasu z tym całym narciarstwem biegowym. Test zakończył się werdyktem dość jednoznacznym: „może być, ale raczej nie dla mnie”. Krótko mówiąc – docenił koncepcję, ale nie poczuł wewnętrznego powołania.Od poniedziałku zostaliśmy już wyłącznie pod opieką dziadków, co oznaczało wejście w tryb ferii wyluzowanych. Były warsztaty w bibliotece, były ślizgi na łopacie po jeziorze, były zjazdy z górki i wszelkie inne zimowe aktywności, jakie tylko da się zorganizować przy takiej ilości śniegu i energii. W praktyce całe dnie spędzaliśmy na zewnątrz, wracając do domu wyłącznie na krótkie przerwy techniczne w postaci posiłków oraz chwilową regenerację. Wieczory również trzymały poziom. Snooker, kino i obowiązkowa miska chipsów – czyli dzieci zestaw idealny. Trudno o lepsze zakończenie dnia po kilku godzinach białego szaleństwa. Czego chcieć więcej? Zima wreszcie zachowywała się jak zima, śnieg nie był jedynie legendą przekazywaną przez starsze pokolenia, a ferie wyglądały dokładnie tak, jak wyglądać powinny. Krótko mówiąc – pełen sukces. I oby tak co roku!

Visited 1 times, 1 visit(s) today