Za organizację dziewiątych urodzin Bruna zabraliśmy się z dość znacznym poślizgiem, co znacznie ograniczyło nam możliwości wyboru i skończyło się imprezą na Zimnych Dołach. Klasyka gatunku. Sprawdzone miejsce, sprawdzony format, wszyscy wiedzieli co mają zrobić, co kupić, co ugotować, co zabrać, a czego nie. Z mojej strony postanowiłem jednak dorzucić coś od siebie i wymyśliłem dla Bruna „kalendarz adwentowo-urodzinowy”. Wspólnie z Matką kupiliśmy kilka drobnych prezentów, które dostawał codziennie przez kilka dni, aż do właściwego dnia urodzin. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę, bo oczekiwanie na kolejną niespodziankę działało niemal równie dobrze jak same prezenty. Główny prezent zresztą też dotarł jeszcze przed urodzinami. Bruno wybrał tor Carrera Go, więc kiedy tylko kurier dostarczył paczkę, wszelkie plany trzymania jej w kartonie do oficjalnej imprezy legły w gruzach. Rozpakowanie nastąpiło natychmiast, a już chwilę później po salonie śmigały samochodziki, jakby trwały kwalifikacje do Grand Prix Monako. Same urodziny wypadły we wtorek, dwudziestego czwartego, bo niby kiedy by indziej. Tradycyjnie kupiliśmy sernik w Grzybkach i wstawiliśmy w niego świeczkę. Tego dnia z kalendarza urodzinowo-adwentowego Bruno wyciągnął piłkarską koszulkę Realu Valladolid, w którą natychmiast się wystroił, oraz model Airbusa A380 linii Qatar. Odśpiewaliśmy „Sto lat”, zdmuchnęliśmy świeczkę i zabraliśmy się za pałaszowanie sernika. Aaa. Zapomniałem dodać, że wszystko to odbyło się chwilę po siódmej rano, przed wyjściem do szkoły, więc śniadanie mieliśmy wyjątkowo słodkie.
Impreza na Zimnych Dołach przebiegła dokładnie tak, jak zawsze. Pogoda dopisała, frekwencja również. Było ognisko, dużo jedzenia, jeszcze więcej picia, masa biegania i ogólny poziom dziecięcego zamieszania, który trudno opisać słowami. Zostaliśmy praktycznie do zachodu słońca, korzystając z ostatnich promieni dnia, ostatnich płomieni ogniska i ostatnich pokładów energii. Po powrocie do domu oczywiście nie mogliśmy odmówić sobie jeszcze kilku wyścigów na nowej Carrerze. Niestety, jak to często w ostatnich miesiącach bywa, w tym pięknym dniu nie mogło obyć się bez mojego tradycyjnego wkładu w kategorię „urazy i kontuzje”. Wcześniej na imprezie postanowiłem zaatakować drzewo i podczas tej błyskotliwej akcji w stylu Chucka Norrisa, znowu coś strzeliło mi w prawej stopie. Tej samej stopie, która ostatnio była przez miesiąc w ortezie. Bolało na tyle mocno, że kuśtykałem jak emeryt po maratonie, więc wieczorem wylądowaliśmy na SOR-ze. Na szczęście skończyło się względnie dobrze – nic nie było złamane. Lekarze i zdrowy rozsądek byli jednak zgodni: treningi w marcu trzeba odpuścić. Cóż, wygląda na to, że na razie moją ulubioną dyscypliną sportową pozostanie sportu oglądanie.
