5 views 9 mins 0 comments

SAMOLOTY.

In 2026
30 kwietnia, 2026

Pamiętacie jeszcze, jak Bruno zapałał wielką miłością do pociągów? To było już jakiś czas temu i choć kolej nadal zajmuje ważne miejsce w jego sercu, szczególnie po historycznym przejeździe z Matką Pendolino, to obecnie została ona zdetronizowana. Nowym królem zostały samoloty. 

Zaczęło się dość niewinnie, jak większość obsesji, i nic nie zapowiadało, że sprawy zajdą tak daleko. Podczas zeszłorocznych wakacji lecieliśmy do Indonezji i już pierwszy etap podróży był mocnym wejściem w temat, bo nasz pierwszy lot był Dreamlinerem. Bruno trochę stresował się przed lotem. Trudno się zresztą dziwić – wielka maszyna, mnóstwo ludzi, kolejki, kontrola bezpieczeństwa, walizki, bramki, komunikaty z głośników i generalnie cały ten lotniskowy chaos, który nawet dorosłym potrafi czasem podnieść ciśnienie. Cały niepokój zniknął jednak w chwili, gdy odkrył, że w fotelach są telewizorki, a na nich można oglądać bajki, grać w gry i klikać w mapkę pokazującą, gdzie aktualnie lecimy. Taka atrakcja wygrała z lękiem szybciej niż jakakolwiek terapia, nawet szokowa. Kolejny lot, również Dreamlinerem był wręcz wyczekiwany. Natomiast pierwszy lot wewnętrzny w Indonezji nie należał do udanych. Samolot wydawał z siebie wszystkie możliwe dźwięki świata. Coś trzeszczało, buczało, skrzypiało i generalnie sprawiał wrażenie, jakby każda śrubka miała własne zdanie na temat dalszego lotu. Bruno był o włos od paniki i wyglądał, jakby poważnie rozważał opuszczenie pokładu jeszcze w trakcie lotu. Na szczęście Stwórcy szybko wdrożyli procedurę awaryjną – słuchawki noise cancelling, audiobook i przytulas od Matki i jakoś udało mu się dotrwać do końca tego (na szczęście) krótkiego lotu. Kolejne loty były już trochę lepsze, choć przed każdym wejściem na pokład napięcie było wyraźnie wyczuwalne. Dopiero ostatni przelot z Dżakarty do Abu Zabi i później do Monachium sprawiły, że Bruno znowu poczuł się w samolocie w miarę komfortowo. Wychodzi na to, że może latać tylko szeroko-kadłubowcami! Można też powiedzieć, że właśnie wtedy rozpoczęła się nowa era. Era samolotów.

Po powrocie do Polski lotnictwo zaczęło powoli obrastać w legendę. Samoloty coraz częściej pojawiały się w rozmowach i codziennych zabawach. Na początku roku szkolnego chętni uczniowie mogli zrobić prezentację i poopowiadać, jak spędzili wakacje, z czego Bruno skrzętnie skorzystał. Tematem miały być wakacje, ale wszyscy wiemy, że tak naprawdę chodziło głównie o opowiedzenie o lotach i samolotach. Były zdjęcia, opowieści o ekranikach w fotelach, filmach i grach. Do tego relacje z przesiadek i bardzo szczegółowe detale, co jadł w samolocie, jakie dostał prezenty i jak słodkie były słodycze. Full profeska. 

Później zaczęło się kolekcjonowanie modeli. Najpierw pojedyncze sztuki, najlepiej takich linii, którymi lecieliśmy albo które szczególnie mu się podobały. Z czasem wszedł jednak na poziom zdecydowanie bardziej zaawansowany. Zwykły śmiertelnik widzi po prostu samolot. Bruno widzi Airbusa A350 w konkretnym malowaniu, najlepiej jeszcze konkretnej linii i potrafi zauważyć, jeśli model ma niewłaściwe odwzorowane silniki albo skrzydła. Do tego doszły regularne wycieczki na lotnisko. Odkryliśmy, że na Okęcie przylatuje król przestworzy, czyli Boeing 747, więc oczywiście nie mogliśmy przepuścić takiej okazji. Pojechaliśmy oglądać go niczym gwiazdę rocka. Nawet Matka, która zwykle do takich atrakcji podchodzi z umiarkowanym entuzjazmem, patrzyła z uznaniem na tę ogromną i piękną maszynę. Wyjazdy na Okęcie weszły zresztą w obowiązkowy plan weekendów. Kolejny etap to weekendowe kina. Bajki zostały częściowo wyparte przez filmy i kanały o lotnictwie. Jak powstawały poszczególne modele samolotów, jak działają linie lotnicze, historie producentów, linii lotniczych i wszystko inne związane z przemysłem awiacji. Do tego klasyka gatunku, czyli oglądanie startów i lądowań na YouTubie. Dla przeciętnego człowieka brzmi to dość monotonnie. Dla Bruna jest to kino najwyższej jakości. Prawdziwym odkryciem roku okazał się jednak Flight Radar. To obecnie najważniejsza aplikacja w telefonie Ojca, Matki i moim oraz najczęściej otwierana strona w przeglądarkach. Używana jest zdecydowanie częściej niż Stwórcy by sobie życzyli. Bruno sprawdza ulubione linie, obserwuje największe lotniska świata i tropi konkretne modele samolotów. Udało mu się już znaleźć Antonowa, Airbusa Belugę, a nawet wyłapał wojskowe maszyny lecące w okolice Iranu jeszcze zanim temat pojawił się szerzej w mediach. Jednym słowem obsesja na miarę mojej z McQueenem. No… prawie.

Kolekcja modeli rozrosła się już do naprawdę pokaźnych rozmiarów i liczy obecnie około dwudziestu modeli. Od tanich linii zaczynając, poprzez klasyczne typu KLM, Lufthansę czy Quantas, na Airbusie A380 linii Qatar kończąc. Oczywiście modele samolotów też są prawie wszystkie. Od klasycznego Boeinga 737, poprzez coraz rzadszy Airbus A340 (mój ulubiony), a na Concordzie i A380 kończąc. W praktyce oznacza to, że większość zabaw kończy się budowaniem lotnisk i organizowaniem połączeń między nimi. Brakuje już właściwie tylko jednego: prawdziwych biletów na kolejne loty. Stwórcy poinformowali jednak, że w tym roku raczej nie zanosi się na lotnicze podróże. Wojna w Zatoce = droga ropa = drogie bilety – klasyczny zestaw argumentów dorosłych rujnujących dziecięce marzenia. Bruno jednak nie zamierzał się poddawać. Po tym, jak udało się zrealizować moje wielkie marzenie związane z Ronaldo, uznał, że on również potrzebuje czegoś równie spektakularnego. Przez jakiś czas nie wiedział tylko, co dokładnie miałoby to być. Aż do dnia, w którym odkrył, że można zwiedzać fabrykę Airbusa w Tuluzie lub Boeinga w Seattle. I wtedy wszystko stało się jasne. 

„To jest to! To chcę zrobić!” – oznajmił z pełnym przekonaniem.

Od tamtej chwili jego pasja do kupowania modeli i ulegania impulsywnym zakupom zaczęła powoli ewoluować w coś znacznie dojrzalszego – pasję do odkładania pieniędzy na lot do Tuluzy. Ograniczył spontaniczne zakupy, zaczął bardziej rozsądniej gospodarować swoimi pieniędzmi i regularnie dopytuje, ile jeszcze brakuje do realizacji planu. Trzeba przyznać, że jak na swój wiek podchodzi do projektu bardzo profesjonalnie. Jeśli więc kiedyś zobaczycie małego chłopca spacerującego po fabryce Airbusa z miną człowieka, który właśnie dotarł do świętego Graala, to istnieje spora szansa, że będzie to właśnie Bruno. A patrząc na jego determinację, jest więcej niż  pewne, że dotrze tam prędzej niż później.

Visited 2 times, 1 visit(s) today