Moje pierwsze uczciwie zarobione pieniądze w życiu. I to nie u Stwórców, dziadków, wujków czy innych powinowatych tudzież skoligaconych. U obcych ludzi! I co najważniejsze połączyłem pożyteczne z przyjemnym, czyli właściwie mam już zawód marzeń, przynajmniej na ten czas. Ale po kolei.
Pewnego dnia Matka wypatrzyła na osiedlowej grupie ogłoszenie sąsiadów, którzy szukali kogoś do pomocy przy wyprowadzaniu psa. Bez chwili zawahania napisała, że ma idealnego kandydata, czyli mnie. Odpowiedź była jednak mało optymistyczna, bo okazało się, że kogoś już znaleźli. Większość ludzi pewnie odpuściłaby temat, ale nie Matka. Odpisała więc, że gdyby kiedykolwiek potrzebowali zastępstwa, to jesteśmy chętni, a dodatkowo często jeździmy do lasu, więc pies mógłby się z nami porządnie wybiegać. Upór popłaca, szczególnie po pierwszym „nie”. Nasze wyjazdy do lasu mogły mieć tutaj również duże znaczenie. Jeszcze tego samego wieczoru odbyło się więc oficjalne szkolenie. Stawiliśmy się w komplecie, bo takie wydarzenie wymaga pełnej delegacji rodzinnej. Pies okazał się absolutnym ideałem – mały, przesympatyczny i chyba najlepiej wychowany zwierzak w historii czworonogów. Nazywa się Dori i od pierwszej chwili skradła nasze serca. Nauka przebiegła sprawnie, choć trzeba uczciwie przyznać, że najbardziej słuchała się swojego właściciela, pana Marcina. Nam to jednak zupełnie nie przeszkadzało, bo już sam fakt spacerowania z takim psem był atrakcją samą w sobie. Na deser okazało się jeszcze, że mieszkamy praktycznie po sąsiedzku – w tej samej klatce, my na drugim, a oni na siódmym piętrze. Świat bywa naprawdę zaskakująco mały.
Pierwszy test bojowy nastąpił w weekend, kiedy zabraliśmy Dori do lasu. Zachowywała się wzorowo. Nie oddalała się, reagowała na wołanie i przez cały spacer biegała między nami z energią, której mógłby pozazdrościć jej ultramaratończyk. Wyszło z tego chyba dwugodzinne wyjście, po którym wszyscy wróciliśmy porządnie wybiegani – łącznie z psem. Później wszystko weszło już w rutynę. Czasami dostaję wiadomość, że potrzebna jest moja pomoc, więc zabieram Dori na krótki spacer po osiedlu, czasami sam, a czasami z Brunem. Po wszystkim odprowadzamy ją z powrotem na siódme piętro i misja zostaje zakończona. W weekendy zdarza się też wersja premium, czyli wyjazd do lasu. Wtedy Dori osiąga chyba pełnię psiego szczęścia. Ostatnio wybiegała się tak porządnie, że po powrocie do samochodu dosłownie padła bez życia i zasnęła w sekundę. Stąd chyba właśnie wzięło się powiedzenie „zdechł pies”.
Najlepsze w tym wszystkim jest jednak to, że za każdy spacer dostaję wynagrodzenie. I to całkiem konkretne. Robię więc coś, co naprawdę lubię, spędzam czas z psem, trochę się ruszam i jeszcze wpadają z tego pieniądze. Jeśli to nie jest definicja dziecięcego raju i pracy idealnej, to nie wiem, co nią jest.
