W tym roku znowu czekały nas Alpy. I to nie byle jakie oraz nie z byle kim. Kierunek: lodowiec Stubai, a towarzystwo: wielka ekipa z rodzinami G. i B. Już sam skład osobowy zapowiadał, że nudno nie będzie. Wszystkie dzieci zostały dodatkowo zapisane do szkółki narciarskiej, z czego (jak łatwo się domyślić) najbardziej zadowolony był Ojciec, a najmniej same dzieci. Ale u nas to standardowy schemat. Najpierw narzekanie, później opór, a na końcu zgodny werdykt, że było superancko.
Plan logistyczny zakładał jazdę bez noclegu po drodze, więc dzień przed wyjazdem upłynął pod znakiem przygotowań. Wszystko musiało być spakowane, żeby rano wystarczyło tylko zjeść szybkie śniadanie i ruszyć w drogę. Ambitnie założono wyjazd „pełną kitą” na południe, choć w praktyce pełna kita oznaczała raczej okolice 120 km/h, bo przy wyższych prędkościach i bagażniku dachowym spalanie rosło w tempie, które mogłoby zainteresować zarówno ekonomistów, jak i ekologów. Ku powszechnemu zdziwieniu plan udało się zrealizować perfekcyjnie. Bez poślizgów, bez dramatycznego dopakowywania ostatnich rzeczy w ostatniej sekundzie, bez klasycznego chaosu. Prawie jak szwajcarski zegarek. Gdy wyjeżdżaliśmy, było jeszcze ciemno, co zawsze dodaje takim podróżom pewnej powagi i poczucia, że uczestniczymy w wielkiej wyprawie. Droga, jak to droga przez pół Europy – długa i momentami monotonna. Na szczęście mieliśmy sposób, by ją sobie umilić. Słuchaliśmy „Szkoły Szpiegów”, naszej nowej ulubionej lektury, która sprawiała, że kolejne kilometry mijały odrobinę szybciej. Na miejsce dotarliśmy około osiemnastej, a w odstępie kilkunastu minut zameldowały się również pozostałe dwie rodziny. Logistyka godna lądowania w Normandii i to kompletnie niezamierzona. Szybkie zakwaterowanie, rozpakowanie podstawowych rzeczy i natychmiastowe rozpoznanie terenu przez dzieci. A teren był obiecujący. Po pierwsze – mogliśmy swobodnie przemieszczać się pomiędzy trzema pokojami, co już samo w sobie dawało ogromne możliwości. Po drugie – była sala zabaw. Po trzecie – pokój gier z bilardem, stołem do ping-ponga i fliperem. Krótko mówiąc: kompletna dziecięca infrastruktura. Od tego momentu Stwórcy przestali być nam praktycznie do czegokolwiek potrzebni, może poza drobnymi usługami gastronomicznymi.
Pierwszy poranek rozpoczęliśmy szybko. Szybkie śniadanie i szybki marsz na kolejkę. Okazało się, że mieszkamy jakieś pięć minut pieszo od dolnej stacji Schlick 2000, co w narciarskiej skali wygody należy uznać za luksus. Bruno, zgodnie z tradycją, przed pierwszym wjazdem gondolą wykazywał oznaki stresu, ale odpowiednio zagadany nawet nie zauważył, kiedy znaleźliśmy się na górze. Tam wszyscy rozdzielili się do swoich grup szkoleniowych i rozpoczęło się właściwe narciarstwo. W połowie dnia wspólny lunch, później znowu jazda w grupach, a pod koniec dnia wspólne zjazdy całej ekipy. Wieczorem zaś – obowiązkowe hotelowe szaleństwa, które momentami zdawały się nawet ważniejsze niż same narty. Kolejnego dnia przyszedł czas na główną atrakcję wyjazdu, czyli Stubai. Ponad trzy tysiące metrów wysokości, wielkie gondole, rozległe trasy i poczucie, że oto wreszcie jesteśmy w prawdziwych Alpach, a nie jedynie na ich biednej imitacji. Zapowiadało się wyśmienicie i muszę przyznać, że tym razem rzeczywistość nie tylko sprostała moim oczekiwaniom, ale wręcz je przebiła. Lodowiec był fantastyczny, trasy znakomite, a pogoda zaczęła z każdą godziną coraz bardziej współpracować. Co prawda początkowo trochę wiało, ale regularnie przebijało się słońce, więc dzień minął nam błyskawicznie. Następny dzień był jeszcze lepszy. Wiatr zniknął, słońce świeciło praktycznie bez przerwy, a widoki wyglądały dokładnie tak, jak na pocztówkach. Krótko mówiąc – to były te Alpy, po które się jedzie tyle kilometrów.
Niestety, jak wiadomo, wszystko co dobre, ma w zwyczaju kończyć się zdecydowanie zbyt szybko. Wieczorem Matka zaczęła źle się czuć, a rano sytuacja była już na tyle poważna, że z ciężkim sercem podjęliśmy decyzję o wcześniejszym powrocie do domu. Droga dłużyła się niemiłosiernie. Być może dlatego, że opuszczaliśmy miejsce, w którym naprawdę było świetnie. No i każdy powrót do domu wydaje się dwa razy dłuższy niż wyjazd. Tak czy inaczej, do domu dotarliśmy wykończeni i niepocieszeni. Pozostaje mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócimy. Bo naprawdę było wyśmienicie.
