Tym razem obyło się bez chorób, co samo w sobie zasługuje na odnotowanie w rodzinnej kronice złotymi zgłoskami. W poprzednich latach świąteczno-urlopowe wyjazdy miały bowiem niepokojącą tendencję do zamieniania się w festiwal infekcji, katarów i innych pseudoatrakcji medycznych. Tym razem jednak los okazał się łaskawszy. Dla mnie i Brata urlop rozpoczął się nawet wcześniej niż dla większości społeczeństwa za sprawą strajku mojego przedszkola oraz grafiku Stwórców, który najwyraźniej osiągnął poziom wypełnienia porównywalny ze zbiornikiem retencyjnym podczas powodzi tysiąclecia
W związku z tym zostaliśmy wyekspediowani do Świętajna już tydzień przed Wielkanocą. Brzmi to niemal jak zesłanie, ale w praktyce oznaczało całkiem przyjemne przedświąteczne wakacje. Nasze dni upływały przede wszystkim na szaleństwach w ogrodzie oraz „pomaganiu” Dziadkowi w pracach przydomowych. Cudzysłów przy słowie „pomaganiu” nie jest tu przypadkowy – każdy, kto kiedykolwiek widział dwójkę małych dzieci z zapałem angażujących się w prace fizyczne, doskonale rozumie, że produktywność takich działań bywa co najmniej dyskusyjna, a wartość tego przedsięwzięcia leży zupełnie gdzie indziej niż w jego efektach. Zakres naszych obowiązków był imponujący. Od noszenia drewna zaczynając, a na robieniu zająców kończąc. To ostatnie brzmi nieco enigmatycznie, ale w kontekście wielkanocnym nabiera sensu. Bruno w międzyczasie rozpoczął intensywny kurs motoryzacyjny i zaczął śmigać na swoim motorze oraz rowerku. Szczególną radość sprawiała mu jazda z podczepioną do roweru wywrotką. Nic bowiem nie podnosi prestiżu młodego kierowcy tak skutecznie, jak możliwość ciągnięcia za sobą dodatkowego sprzętu. Ja naturalnie nie mogłem pozostać w tyle. Do mojego roweru również doczepiłem auto, dzięki czemu wspólnie z Brunem stworzyliśmy coś na kształt małej firmy transportowej. Kursowaliśmy od końca ogrodu aż do bramy i z powrotem, holując biedne zabawki, które – wbrew wszelkim prawom fizyki oraz zdrowego rozsądku – przetrwały ten proceder bez większego szwanku. Pogoda dopisywała, a to w polskich warunkach wiosennych stanowi wartość samą w sobie. Korzystaliśmy więc z niej bez litości. Byliśmy w lesie, gdzie prowadziliśmy badania terenowe nad lokalną florą i fauną… Brzmi dumie? Hahaha! Oczywiście nasze leśne aktywności sprowadzały się do biegania, rzucania szyszkami i walki na kije, ale przez moment miałem cię drogi czytelniku, prawda? Odwiedziliśmy również cmentarz, co wprowadziło nieco bardziej refleksyjny ton do naszego harmonogramu, a nawet – ku wielkiej uciesze Ojca – trafiliśmy do kościoła. Tam poświęciliśmy palmę, jajka i, rzecz jasna, babkę. To „rzecz jasna” jest tutaj kluczowe, bo trudno wyobrazić sobie polską Wielkanoc bez babki, podobnie jak trudno wyobrazić sobie Mazury bez jezior albo rodzinne święta bez nadmiaru jedzenia. Same Święta przebiegały już standardowo, ale w pełnym składzie, ponieważ Stwórcy w końcu do nas dojechali. Ich przybycie przywróciło naturalny porządek rzeczy, w którym wszystko odbywa się przy nieco większym poziomie organizacji oraz nieco mniejszej swobodzie operacyjnej. Zajączek, zgodnie z tradycją, przyniósł nam trochę prezentów. Trochę podjedliśmy, trochę się pobawiliśmy i generalnie realizowaliśmy tradycyjny program świąteczny. I szczerze mówiąc, to po kilku dniach najbardziej nie mogliśmy doczekać się powrotu do domu. Tęsknota za własnym pokojem okazała się silniejsza niż uroki świątecznego wyjazdu. Dom jest bowiem domem – nawet jeśli oznacza powrót do codzienności, rutyny i wszystkich związanych z nią obowiązków.
Po powrocie odkryliśmy z Brunem nową fascynację: spanie w jednym pokoju. Pomysł ten wydawał się nam genialny. Objawiał się on permanentnym hałasem, krzykami oraz kakofonią dźwięków wydawanych przez najróżniejsze zabawki, które w tajemniczych okolicznościach lądowały w łóżeczku Bruna. Niektóre zapewne przypadkiem, inne zdecydowanie mniej przypadkowo. To wszystko tworzyło atmosferę przypominającą połączenie placu zabaw z centrum dowodzenia lotami kosmicznymi. Dziwię się szczerze, że Stwórcom wystarczyło cierpliwości na tak długo, zanim podjęli jedyną logiczną decyzję i wyekspediowali mnie do swojej sypialni. Był to ruch zdecydowany, może nawet desperacki, ale z pewnością uzasadniony potrzebą zachowania resztek zdrowia psychicznego oraz choć minimalnej ilości snu.
