3 views 3 mins 0 comments

SOLINA.

In 2026
16 maja, 2026

Dzień drugi wyjazdu miał być slow i tym razem naprawdę nam się udało! Rano relaksik, później śniadanie, następnie wycieczka nad Solinę i przejazd gondolą na Górę Jawor. Bruno znowu wpadł w panikę, gdy Pani powiedziała, że może mocno wiać. Szczerze mówią to i reszta ekipy nie czuła się najbardziej komfortowo słysząc wycie wiatru (chociaż gondolka była stabilna i się nie bujała). Na górze weszliśmy jeszcze wyżej, na wieżę widokową. Widoki były piękne. Naprawdę piękne. Ale ile można podziwiać krajobrazy? Po tym w końcu przyszedł czas na coś dla dzieci – Park Tajemnicza Solina. Dostaliśmy mapy z miejscami na wbijanie pieczątek i zaliczaliśmy po kolei wszystkie atrakcje – od płukania piasku w poszukiwaniu kamieni szlachetnych, poprzez tor przeszkód, a na labiryncie i walkach na gumowe miecze kończąc. Było naprawdę fantastycznie, szczególnie jeśli dodamy do tego zjeżdżalnię grawitacyjną, z której skorzystałem trzy razy. To było absolutne minimum konieczne do właściwego przetestowania tej atrakcji. Po tych szaleństwach nie pozostało nam nic innego, jak tylko wracać. Bruno oświadczył, że nie wsiądzie do gondoli, choćby miał dostać milion dolarów. Zeszliśmy więc pieszo i przeszliśmy tamą na drugą stronę rzeki. Po drodze do hotelu zajechaliśmy jeszcze na obiad w Anielskim Zakątku (Burger poleciał, lody na deser też były). Po powrocie do hotelu miało być jaccuzzi – ale zaczął padać deszcz, więc Stwórcy kazali nam się uzbroić w cierpliwość i poczekać, aż przestanie. Good luck with that! – pomyślałem sobie. Na szczęście padać przestało po niecałej godzinie, więc zdążyliśmy zaliczyć kąpiel dwa razy, a w tak zwanym międzyczasie jeszcze się pobawić. Wieczorem Bruno zrobił nam kino first class, jak w A380. Rozłożył sofę, postawił obok stoliki, podał grissini i niezdrowe napoje, po czym w takich luksusowych warunkach oglądaliśmy wieczorne kino. Takie slow to ja rozumiem! 

Ostatni dzień wyjazdu to głównie podróż, tym razem do domu. Po drodze zwiedziliśmy jeszcze muzeum w Zamku w Sanoku, gdzie podziwialiśmy różne malowidła z Beksińsklim na czele. Człowiek umysł miał totalnie odjechany, ale przyznam szczerze, że kilka obrazów nawet mi się spodobało. Bruno natomiast najbardziej polubił obrazek Picassa – który wyglądał jak dwie postacie namalowane przez trzyletnie dziecko. I to tyle. Korona prawie zrobiona (zostały tylko dwa szczyty na „R” – Radziejowa i Rysy), Bieszczady zaliczone (pierwszy raz dla wszystkich) i nawet Droga Mleczna zobaczona na własne oczy. Jednym słowem wyjazd bardzo udany!

Visited 2 times, 1 visit(s) today