3 views 6 mins 0 comments

SWIĘTA 2025.

In 2026
05 stycznia, 2026

To była prawdopodobnie najdłuższa przerwa świąteczna w historii szkolnictwa, a przynajmniej w historii mojego życia edukacyjnego. Szkoła skończyła się 19 grudnia, a do szkolnej rzeczywistości wróciliśmy dopiero w środę 7 stycznia. Prawie trzy tygodnie wolności. Czas na tyle długi, że człowiek zdążył całkowicie zapomnieć, czym jest poranne wstawanie, tornister i szeroko pojęta dyscyplina. W tak zwanym międzyczasie wydarzyło się całkiem sporo. Były rzeczy ciekawe, były rzeczy mniej ciekawe, było dużo zabawy, odrobina nudy i – ku mojemu umiarkowanemu niezadowoleniu – nawet trochę obowiązków. Ale zacznijmy od kwestii fundamentalnej, czyli prezentów.

W tym roku były… w porządku. Bez spektakularnego efektu wow, ale też bez płaczu, który – nie ukrywajmy – w przeszłości bywał istotnym wskaźnikiem jakości świąt. Dostałem dokładnie to, co zamówiłem u Mikołaja, a więc:

– koszulkę AC Milan

– miecz świetlny 

– dużą ilość słodyczy

– gotówkę 

Gotówka, jak wiadomo, nigdy nie wychodzi z mody i jest jedynym prezentem, który nigdy nie rozczarowuje. Bruno natomiast postawił w tym roku na specjalizację. Zamówił niemal wyłącznie samoloty i ku własnemu zdziwieniu dostał… praktycznie same samoloty. Dodatkowo obowiązkowe słodycze, drobiazgi i niewielki zastrzyk finansowy. Problem polegał na tym, że jego zadowolenie nie osiągnęło oczekiwanych przez Mikołaja poziomów. Najwyraźniej teoria „dostałeś dokładnie to, czego chciałeś” nie zawsze przekłada się na pełnię szczęścia. Humor poprawił mu dopiero prezent odnaleziony już po powrocie do Warszawy – mata/dywan/lotnisko, który okazał się brakującym elementem tej całej samolotowej układanki.

Same święta przebiegły klasycznie. Mazury, dużo jedzenia, za którym ani ja, ani Bruno zbytnio nie przepadamy, ale które z jakiegoś powodu co roku pojawia się na stole. Do tego duże ilości słodyczy i niezdrowych słonych przekąsek, które z kolei konsumujemy z pełnym zaangażowaniem i bez jakichkolwiek oporów moralnych. Pogoda była rozczarowująco mało świąteczna – śniegu brak, mrozu brak, klimatu z zimowej pocztówki również brak. Taki grudzień w wersji ekonomicznej. Do Warszawy wróciliśmy dość szybko, bo już w sobotę. Od poniedziałku rozpoczynał się ten mniej ekscytujący fragment przerwy, czyli tak zwane „przetwarzanie słuchowe” Bruna. Brzmi niewinnie, ale w praktyce oznacza dwie godziny dziennie słuchania muzyki klasycznej, przez piętnaście dni z rzędu, z przerwą wyłącznie w niedzielę. To właśnie ten wspomniany wcześniej obowiązek, który nadał naszym dniom pewien rygor i poczucie, że jednak nie jesteśmy na stuprocentowych wakacjach. A ponieważ większość naszych znajomych wyjechała, czas trochę się dłużył. Nie było z kim pograć w piłkę, nie było z kim się pobawić, nie było z kim się powygłupiać, więc pozostawały nam głównie zabawy domowe, nuda oraz streamy. 

Sytuacja odmieniła się diametralnie, gdy zima przypomniała sobie, że istnieje. Napadało śniegu, przymroziło i nagle wszystko zaczęło wyglądać tak, jak powinno wyglądać zimą. W ruch poszły sanki i poddupniki. Regularnie ruszaliśmy do Lasu Młochowskiego na górkę, gdzie można było wykorzystać warunki atmosferyczne i zrobić białe szaleństwo. Nowy Rok powitaliśmy w sposób zaskakująco ambitny – zimowym wejściem na Łysicę. Nasz pierwszy szczyt z Korony Gór Polski zdobyty zimą, w śniegu, z raczkami. Muszę przyznać, że zrobiło to na mnie bardzo fajne wrażenie. Góry zimą mają jednak zupełnie inny charakter niż latem. Jest w tym wszystkim coś znacznie bardziej epickiego niż zwykły spacer po suchym szlaku. Już teraz nie mogę się doczekać kolejnych takich wypraw. Zimowa Korona? To brzmi jak plan z gatunku tych zdecydowanie wartych realizacji. 

Reszta dni upływała według dość przewidywalnego harmonogramu: przetwarzanko, jedzonko, las, znowu jedzonko, zabawa, czasem kino, potem spać. I tak, dzień po dniu, doturlaliśmy się do środy, kiedy trzeba było ponownie nastawić budzik na siódmą rano i wrócić do szkolnej rzeczywistości. Na szczęście perspektywa nie jest najgorsza. Do ferii zostało zaledwie półtorej tygodnia, więc de facto jesteśmy już prawie na kolejnych wakacjach. Taki styczeń da się jeszcze zaakceptować.

Visited 1 times, 1 visit(s) today