32 views 7 mins 0 comments

PRZYSPIESZONE URODZINY NUMER PIĘĆ.

In 2019
01 września, 2019

Od dłuższego czasu zastanawiałem się, gdzie i kiedy zorganizować swoją imprezę urodzinową. W końcu okrągła, piąta rocznica pobytu na tym świecie do czegoś zobowiązuje! Po wizycie na urodzinach Maćka w Inca Play byłem przekonany, że moje powinny wyglądać dokładnie tak samo. Oznajmiłem więc wszem i wobec, że chcę identyczną imprezę i temat wydawał się zamknięty. Dobrze pamiętam ten moment – pewność, jaką się ma tylko w dzieciństwie, gdy decyzja jest prosta i oczywista i nie ma żadnych “ale”, “z drugiej strony” ani “warto przemyśleć”. Z czasem jednak w mojej głowie zaczęła kiełkować alternatywna koncepcja, która brzmiała co najmniej równie kusząco. Skoro wakacje mieliśmy spędzać na Mazurach, to może warto zrobić urodziny właśnie tam? Towarzystwo będzie, miejsce będzie, prezenty będą, a do tego dochodzi aura wakacyjnej beztroski. Brzmiało jak plan niemal idealny.

Problem polegał na tym, że nie mogłem się zdecydować. Z jednej strony wizja Inca Play i profesjonalnej imprezy w małpim gaju, z drugiej strony Mazury, rodzina i urodziny w plenerze. To był mój pierwszy prawdziwie dorosły dylemat – moment, w którym człowiek rozumie, że każdy wybór oznacza rezygnację z czegoś innego. Filozofowie nazywają to “kosztem alternatywnym”. Ja oczywiście żadnych filozofów nie znałem, ale rozumiałem, co mieli na myśli. Ostateczna decyzja zapadła dopiero pod koniec pierwszego tygodnia wakacji, po wielu mniej lub bardziej subtelnych naciskach ze strony Stwórców, którzy potrzebowali jakiejkolwiek deklaracji, żeby zacząć działać. Ostatecznie, choć z lekkim wahaniem, zdecydowałem: robimy imprezę na Mazurach. W tym momencie w domu wybuchła delikatna panika organizacyjna. Trzeba było zamówić tort i ogarnąć prezent. Z tortem poszło wyjątkowo sprawnie. Tym razem zażyczyłem sobie motyw Hot Wheels, ponieważ Stwórcy stanowczo zakomunikowali, że kolejny tort z McQueenem absolutnie nie wchodzi w grę. Uznali najwyraźniej, że nawet największa miłość ma swoje granice. Znacznie większym wyzwaniem okazał się prezent. Od dawna deklarowałem przecież jasno i konsekwentnie, że marzę o smoku Ninjago. Wydawało się więc, że sprawa jest banalna. Nic bardziej mylnego. Stwórcy nie byli do końca przekonani o słuszności tej inwestycji, szczególnie po konsultacjach z ciocią Magdą, która – jako właścicielka domostwa wyposażonego w trzy smoki – uchodzi w rodzinie za eksperta najwyższej klasy w tej dziedzinie. Jej werdykt był bezlitosny: smok jest bardzo efektowny, ale delikatny i w praktyce będzie stał na półce i zbierał kurz. Skłamałbym, jeśli miałbym powiedzieć, że ich argumenty nie zasiały we mnie ziarna niepewności. Szczególnie po tym, jak Ojciec w ramach kontrataku pokazał mi alternatywy w postaci Nerfów i torów Hot Wheels. Nagle wybór przestał być oczywisty. Znalazłem się na życiowym rozdrożu pomiędzy smokiem, który kusił majestatem, a zabawkami gwarantującymi znacznie bardziej dynamiczne użytkowanie. Decyzję odwlekałem tak długo, jak tylko się dało. W zasadzie tak długo, że dostarczenie prezentu na czas imprezy stało się logistycznie niewykonalne. Nic to – pomyślałem w końcu z godnością człowieka świadomego swoich priorytetów. Smok albo nic. Mogę poczekać.

Sama impreza udała się znakomicie. Cała rodzina spędziła pół soboty na przygotowaniach. Były balony, był tort, był nawet dziecięcy szampan, co automatycznie podniosło rangę wydarzenia o co najmniej dwa poziomy prestiżu. Do tego wujek Michał przygotował swój tradycyjny pokazowy obiad, więc również pod względem kulinarnym wszystko stało na najwyższym poziomie. Po obiedzie nastąpił punkt kulminacyjny programu, czyli uroczyste odśpiewanie „Sto lat”, zdmuchnięcie świeczki i wręczenie prezentów. Oprócz głównego podarunku dostałem jeszcze prezent od cioci Wandzi oraz naklejki, które dzień wcześniej sam sobie wybrałem i kupiłem (co również należy uznać za bardzo skuteczny model prezentowy). Następnie przeszliśmy do konsumpcji tortu, popijanego dziecięcym szampanem. Muszę przyznać, że napój nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Smakował co najwyżej poprawnie. Zupełnie inaczej sprawę potraktował Bruno, który pochłaniał go z entuzjazmem godnym konesera. Spijał go niczym James Bond najlepszego Dom Pérignon. A gdy już opróżnił butelkę, rzucił jeszcze niewinnie w przestrzeń: „A mogę jeszcze piwko?”. To jedno krótkie zdanie wystarczyło, by zapewnić mu miejsce w rodzinnych anegdotach na najbliższe kilkanaście lat. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko i wtedy impreza weszła w swoją najbardziej klimatyczną fazę. Pieczone pianki, ziemniaczki z ogniska, puszczanie resoraków po deskach oraz skakanie przez ogień – w naszym przypadku z lekkim wsparciem technicznym Ojca – zapewniły nam rozrywkę aż do późnego wieczora. 

Podsumowując: impreza była niesłychanie udana. Było wszystko, czego potrzeba do szczęścia pięciolatka – tort, prezenty, ognisko, rodzina i odpowiednia dawka kontrolowanego chaosu. Teraz pozostało już tylko jedno: cierpliwie wyczekiwać kuriera ze smokiem. Bo jak już człowiek podejmie wielką życiową decyzję, to trzeba ponieść jej konsekwencje. Nawet jeśli oznacza to kilka dodatkowych dni czekania.

Visited 1 times, 1 visit(s) today