29 views 6 mins 0 comments

PRZEDSZKOLA I ŻŁOBKI.

In 2019
10 czerwca, 2019

Im człowiek starszy, tym coraz więcej obowiązków, a coraz mniej przyjemności. To smutna prawda, którą odkrywa się znacznie wcześniej, niż sugerowałyby foldery reklamujące dzieciństwo jako okres beztroski, zabawy i niczym niezmąconej wolności. W praktyce okazuje się, że już na dość wczesnym etapie życia zaczyna się karuzela zobowiązań, harmonogramów i terminów.

Rutyna, rutyna i jeszcze raz rutyna. Rano pobudka, śniadanie, następnie żłobek dla Brata, przedszkole dla mnie, a żeby przypadkiem nie było zbyt lekko, dwa razy w tygodniu mam jeszcze angielski. Jak pogoda dopisuje, dochodzi do tego wyjście na podwórko, czyli jedyny naprawdę sensowny punkt programu. Od września jednak sytuacja ma ulec dalszej komplikacji, ponieważ w planach jest jeszcze nauka pływania oraz zapewne kilka innych aktywności, o których nikt rozsądny nie chce nawet teraz myśleć. I tak tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Jak w kieracie. Człowiek funkcjonuje niczym dobrze naoliwiony mechanizm: wstań, zjedz, jedź, wróć, baw się, śpij i powtórz cały proces nazajutrz. Dorastanie okazuje się mieć również swoje mniej romantyczne strony, o których w bajkach dziwnym trafem się nie wspomina. Codziennie rano Stwórcy podejmują heroiczną próbę dobudzenia mnie. Co istotne – wcale nie dzieje się to skoro świt. Wręcz przeciwnie. Są to godziny, które w normalnym świecie można uznać za całkiem rozsądne. Problem polega jednak na tym, że z każdym kolejnym dniem tygodnia zadanie staje się coraz trudniejsze, a godzina mojego faktycznego opuszczenia łóżka przesuwa się niebezpiecznie blisko granicy logistycznej katastrofy. Zmęczenie daje się we znaki szczególnie latem, kiedy do późnego wieczora szalejemy na podwórku. To klasyczny konflikt interesów: z jednej strony długie, jasne wieczory wręcz proszą się o maksymalne wykorzystanie, z drugiej – noce pozostają nieubłaganie zbyt krótkie. Biologia przegrywa z entuzjazmem. Doszło nawet do tego, że zacząłem oficjalnie protestować. Poprosiłem Matkę, żeby porozmawiała z paniami w przedszkolu o zmianie godzin funkcjonowania placówki. Logika była prosta i niemożliwa do podważenia: skoro ja potrzebuję więcej snu, instytucja powinna się dostosować. To rozwiązanie wydawało mi się rozsądne, nowoczesne i zdecydowanie bardziej humanitarne niż obecny model. Niestety moje postulaty nie spotkały się z należytą uwagą. Po pierwsze, biurokracja w oświacie jest najwyraźniej strukturą tak monumentalną, że głos młodego obywatela ginie w jej labiryntach. Po drugie – i być może jeszcze ważniejsze – Ojciec musi nas rozwieźć odpowiednio wcześnie, aby samemu zdążyć trochę popracować. Kapitalizm nie śpi, nawet jeśli ja bardzo bym chciał.

Próbowałem więc stosować różne fortele mające na celu uniknięcie przedszkola. Kreatywność w obliczu opresji potrafi naprawdę rozkwitać. Zapytajcie kogokolwiek, kto przeżył (w miarę komfortowo) komunizm! Któregoś dnia postanowiłem na przykład nie założyć majtek, tylko od razu spodnie. Plan wydawał się niemal genialny w swojej prostocie. Pod przedszkolem Ojciec odkrył sabotaż i stanął przed poważnym dylematem: wracać do domu czy zaryzykować wysłanie mnie w luźnych dresach bez bielizny. Jak się okazało, przewidziałem tylko te dwa scenariusze, podczas gdy rzeczywistość przygotowała trzeci. Ojciec, niczym doświadczony generał Naopleona (przed napaścią na Rosję), sięgnął po rozwiązanie awaryjne i wyciągnął z worka zapasowe gacie na zmianę. Operacja została przeprowadzona sprawnie i bez większych strat. Mój plan poniósł spektakularną porażkę. Ale nie martwcie się, kolejne są już tkane w mojej głowie! 

W całym tym organizacyjnym chaosie jedynie Bruno nie wydaje się narzekać. On codziennie wstaje około 6:30, jakby posiadał wbudowany szwajcarski zegarek. W żłobku prześpi się jeszcze godzinę lub dwie, dzięki czemu później może bez większych problemów funkcjonować aż do wieczora. Jego model energetyczny pozostaje dla mnie zagadką na poziomie fizyki kwantowej. Całe szczęście, że istnieją weekendy. To one ratują resztki mojego morale. Wtedy Stwórcy pozwalają mi spać do oporu, a czasami udaje mi się przeciągnąć sen nawet do dziewiątej. Dziewiąta rano – dla niektórych zwykła godzina, dla mnie symbol wolności, regeneracji i chwilowego zwycięstwa nad bezdusznym harmonogramem codzienności.

Visited 1 times, 1 visit(s) today