4 views 11 mins 0 comments

WAKACJE BAŁTYK 2026. PART 1.

In 2026
19 lipca, 2026

W tym roku plany wakacyjne były…. W zasadzie to planów nie było. Były tylko pobożne życzenia, trochę kalkulacji, trochę marudzenia i dużo niezdecydowania – czyli tradycyjny rodzinny proces decyzyjny, w którym każdy ma opinię, nikt nie ma rozwiązania, a czas płynie jakby specjalnie szybciej tylko po to, żeby zwiększyć napięcie. Ten brak decyzyjności w pewnym sensie zadziałał jednak na naszą korzyść. Wojna w Zatoce, wysokie ceny i upały w Europie, kwestia towarzystwa dla dzieci lub jego brak i jeszcze kilka innych argumentów sprawiły, że ostatecznie mieliśmy wylądować nad Bałtykiem. Po raz pierwszy od 2020 roku.

Po zeszłorocznych wakacjach życia nie wyobrażaliśmy sobie niczego innego poza kolejną wielką azjatycką przygodą. Stwórcy zresztą też. I to jest chyba jedyny moment w tej opowieści, w którym wszystkie strony były całkowicie zgodne. W tej narracji Ojciec już pod koniec roku rozpoczął polowanie na tanie loty z determinacją godną poszukiwacza Świętego Graala. Tyle że tych tanich lotów oczywiście nie było. A jeśli już jakieś się pojawiły – a zdarzyło się to dwa albo trzy razy – to szybko okazywało się, że wcale nie są takie tanie, jak wyglądało na pierwszy rzut oka. Na przykład tani lot był przez Hongkong. Niby super, ale przecież skoro już człowiek leci przez Hongkong, to trzeba go zwiedzić. A Hongkong tani nie jest. Właściwie to jest drogi. Bardzo drogi. Bardzo bardzo bardzo drogi, więc z „tanio” robiło się „za drogo”. Innym razem cena była niezła, ale wylot nie był z Warszawy tylko na przykład z Pragi albo Wiednia. A wtedy trzeba dojechać (paliwo, winiety), zapłacić za nocleg, dojechać na lotnisko, stracić dodatkowy dzień urolpu i nagle ten cały „świetny deal” przestawał być taki świetny. Trochę jak promocja w supermarkecie, gdzie wszystko jest przecenione, dopóki człowiek nie podejdzie do kasy i nie odkryje, że rabat dotyczył wyłącznie drugiej sztuki kupionej we wtorek między 14 a 15. Na koniec zaczęła się wojna w Zatoce, która sprawiła, że tanie bilety były dostępne głównie przez Bliski Wschód, co z oczywistych względów niekoniecznie zachęcało do podróżowania. Natomiast loty, które omijały ten region, z drogich zrobiły się bardzo, bardzo drogie. I w ten sposób nasz wielki azjatycki plan poległ przez wielkie „P”.

Stwórcy zaczęli więc szukać alternatyw, ale jakby nie liczyli, dwa tygodnie w Europie wychodziły praktycznie tak samo jak trzy tygodnie w Azji. Oczywiście pod warunkiem znalezienia taniego przelotu, którego – jak już ustaliliśmy – nie było. Nie przeszkadzało to jednak uwzględniać go w kalkulacjach. Logika godna Einsteina. Prawie. My oczywiście byliśmy wielce oburzeni. Po pierwsze dlatego, że nie polecimy do Azji. Po drugie, skoro już nie lecimy do Azji, to przynajmniej jedźmy do Włoch! Byle nie zostawać w Polsce. 

– Wakacje w Polsce są beznadziejne! – to było nasze oficjalne stanowisko przyjęte z powagą właściwą najważniejszym w historii deklaracjom politycznym. Brakowało tylko oficjalnego dokumentu z podpisami i pieczęcią odbitą w gorącym wosku. Ewentualnie konferencji prasowej przed blokiem i transparentu z napisem „POLSKA NIE”.

Muszę jednak uczciwie przyznać, że to nasze stanowisko odrobinkę, ociupinkę zaszokowało Stwórców, tak jak Kopernika musiało zaszokować odkrycie, że to jednak nie Słońce krąży wokół Ziemi, Chyba nie do końca spodziewali się, że po jednej większej podróży do Azji, dzieci uznają nagle krajowe wakacje za opcję trzeciej kategorii. Jeszcze kilka lat wcześniej wystarczył plac zabaw, lody i basen, a teraz nagle minimum programowe powinno obejmować międzykontynentalny lot i najlepiej kilka egzotycznych wysp po drodze. Inflacja oczekiwań rosła szybciej niż ceny biletów lotniczych! Czas jednak płynął nieubłagalnie, a my nadal nie wiedzieliśmy, dokąd pojedziemy. Ojciec od czasu do czasu siadał do Bookingu i Excela, jak detektyw wracający po raz kolejny do tej samej, nierozwiązywalnej sprawy. Odpalał kalkulacje i próbował wymyślić, co zrobić, żeby było dobrze, ciekawie, w rozsądnej cenie i jeszcze najlepiej z pogodą gwarantowaną przez Ministerstwo Turystyki. Niestety nic nie chciało się skleić z budżetem. I właśnie wtedy zaczęła coraz poważniej kiełkować myśl o wakacjach nad polskim morzem, jak enty utwór z płyty, który ignorujesz przy pierwszym przesłuchaniu, a który później okazuje się lepszy od singla. Oczywiście natychmiast pojawiły się obawy, przede wszystkim o pogodę. Bo nad Bałtykiem można trafić zarówno na piękne lato, jak i na dwa tygodnie siedzenia w kurtce przeciwdeszczowej, ciepłych skarpetach i zastanawiania się, czy to jeszcze wakacje, czy już listopad. Do tego morze nie jest szczególnie ciepłe, przynajmniej dla ludzi nieprzyzwyczajonych do morsowania. Budżetowo jednak Bałtyk wyglądał znacznie lepiej od reszty opcji. Wiedzieliśmy też, że w okolicy będzie nasz dobry kumpel Janek G. Można też było zabrać rowery, jak kiedyś do Chorwacji, pojeździć po okolicy, a przy okazji pokazać dzieciom, że co roku do Azji to jednak nie bardzo, a w Polsce również da się spędzić fajne wakacje. Teoretycznie. Jak wiadomo, dzieci są w stanie obalić nawet najlepiej przygotowaną teorię jednym słowem: „Nuda”.

Nie powiem, że była to decyzja szybka i pewna. Wręcz przeciwnie. Mogę śmiało poinformować, że Stwórcy dojrzewali do niej bardzo długo. Ba, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że to była „droga przez mękę”, choć męka ta odbywała się głównie przed ekranem komputera, między Bookingiem a Excelem, z okazjonalnym westchnieniem i pytaniem (retorycznym ma się rozumieć): „A może jednak Włochy?”. W końcu, chyba już w połowie czerwca, zarezerwowali miejscówkę w Lubiatowie. I wtedy Ojciec odetchnął z wielką ulgą. Słowo klucz: ulgą. Pierwszy raz w historii rezerwowania naszych wakacji, po opłaceniu noclegu zamiast ekscytacji i radości poczuł właśnie ulgę. Nie było wybuchu entuzjazmu, nie było wizji zachodzącego słońca na pięknej plaży nad Adriatykiem lub Oceanem. Po tylu miesiącach sprawdzania lotów, hoteli, cen, kierunków, pogody, kosztów i wszystkich możliwych wariantów jedyne co było to… ulga. W końcu jednak można było powiedzieć: dobra, jedziemy na wakacje. Koniec kombinowania i marnowania czasu. Nie myślcie jednak, że to był koniec. O nie! To by było zbyt proste, zbyt hollywoodzkie, zbyt „i żyli długo i szczęśliwie” jak na naszą rodzinę. Kilka godzin później zadzwoniła pani od noclegu z informacją, że nasz drugi tydzień został wcześniej zarezerwowany na innym portalu. Oczywiście chętnie nas powita u siebie, ale tylko na tydzień. No i znowu zaczęło się szukanie. Nastąpił szybki powrót na Booking, ponowne przeglądanie mapy, cen, zdjęć i opinii. Tym razem jednak Stwórcy działali już zdecydowanie szybciej. Po krótkim zastanowieniu nad dwoma czy trzema opcjami zarezerwowali lokum na drugi tydzień. Chodziło przede wszystkim o to, żeby jak najszybciej mieć cały wyjazd zamknięty, zapłacony i przede wszystkim… przestać o nim myśleć. A co dalej, to się zobaczy na miejscu. 

Kilka dni później trafiliśmy z rowerami na przegląd do wujka Maćka od Leny. Od słowa do słowa zeszło oczywiście na temat wakacji. Kiedy dowiedzieli się, że będziemy nad polskim morzem, długo się nie zastanawiali. Stwierdzili, że oni też się wybiorą, bo sami nie mieli jeszcze nic zarezerwowanego, a w towarzystwie zdecydowanie lepiej, szczególnie jak się ma córkę jedynaczkę. I tak oto okazało się, że nie tylko mamy gdzie spać, ale również będziemy mieli towarzystwo przez cały pobyt. W pierwszym tygodniu Lenę, a w kolejnym Janka. Nagle wakacje nad Bałtykiem przestały wyglądać jak plan awaryjny i zaczęły wyglądać całkiem sensownie. Teraz pozostało już tylko jedno – wymodlić pogodę!

Visited 1 times, 1 visit(s) today