3 views 9 mins 0 comments

KORONA GÓR NR 26 – TARNICA.

In 2026
12 maja, 2026

Trzy do końca. Tylko tyle szczytów nam pozostało do zdobycia korony. Odliczanie rozpoczęte. Na pierwszy ogień miała pójść Tarnica, do której jest prawie tak daleko, jak na Marsa. W związku z tym Stwórcy zaplanowali dłuuuugi weekend, żeby nie robić tylu kilometrów tylko dla jednej górki. Tak się złożyło, że wypadał nam akurat egzamin ósmoklasisty, więc decyzja zapadła, jedziemy w Bieszczady, jak mawiał klasyk. 

Najpierw musieliśmy jednak zawinąć Ojca, który zastępował wujka Radka we Wrocławiu. Przy tej okazji udało nam się pograć trochę w piłkę na pobliskim boisku i zrobić wieczorne kino. Rano było niespiesznie, jak nigdy. Tym razem Stwórcy potraktowali ideę slow weekendu znacznie poważniej niż ostatnio… Do czasu oczywiście. Ruszyliśmy w długą drogę i po jakichś trzydziestu minutach Matka stwierdziła, że taka jazda to straszna strata czasu. W końcu co to za wyjazd, podczas którego człowiek po prostu jedzie z punktu A do punktu B przez X godzin?  Zaczęła więc wyszukiwać nam atrakcje po drodze. Wybór padł na Zamek Moszna, który leży jakieś dwadzieścia minut od autostrady. Okazało się, że to przepiękny zabytek, bajkowy można wręcz powiedzieć. Taki, który człowiek zna z obrazków i od razu zastanawia się, czy za chwilę z jednej z wież nie wyleci smok albo księżniczka nie zacznie machać nam z balkonu. Zaliczyliśmy pobliski plac zabaw oraz zwiedziliśmy wnętrza – całkiem, całkiem muszę przyznać. Jak na przystanek, którego pół godziny wcześniej nie było w żadnym planie, wyszło naprawdę dobrze. Po tym małym detourze ruszyliśmy dalej, już bez zatrzymywania się aż do Tarnowa, gdzie zaliczyliśmy Decathlon (of kors!) i zjedliśmy epicką pickę w pizzerii o tej samej nazwie. Kiedy w końcu dotarliśmy do naszego miejsca noclegowego, okazało się ono lepsze niż przewidywaliśmy. Była sala zabaw, była sauna i było jacuzzi na zewnątrz. Czegóż chcieć więcej?! 

Dzień pierwszy miał być slow, a wyszło jak zawsze. Slow zdecydowanie nam nie wychodzi. Po sprawdzeniu prognoz pogody i wykonaniu tylu analiz różnych wersji planu, że NASA byłaby dumna, postanowiliśmy zacząć od najważniejszego punktu wyjazdu – czyli od zdobycia Tarnicy. Odpuściliśmy wielką czerwoną pętlę z Wołosatego przez Przełęcz Bukowską. Po pierwsze – musielibyśmy iść 8 kilometrów po płaskim, lasem, nuda Panie, nuda. A po drugie, na wieczór mieliśmy w planach nocne oglądanie nieba, więc nie mogliśmy się za bardzo zmęczyć. Wybraliśmy więc wariant najszybszy, czyli trasę niebieską z Wołosatego. Okazała się całkiem nienajgorsza. Najpierw delikatne podejście poprzez pola i łąki, później wąska ścieżka lasem, wspinająca się coraz bardziej stromo z każdym przebytym kilometrem. A po wyjściu z lasu i szybkiej przekąsce, ostre podejście na Przełęcz pod Tarnicą. Tam już tylko kilka minut na sam szczyt, gdzie spotkaliśmy wielu, wielu, wielu ludzi, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia pod tabliczką i krzyżem i nie wbiliśmy pieczątek (okazało się, że są na dole!). Tak więc szczyt zdobyty, zdjęcia zrobione, ale formalnie dokumentacja nadal wykazywała braki. Widoki za to były przepiękne. Góry, góry i jeszcze raz góry, aż po horyzont. Słońce przyświecało, temperatura w sam raz – ani za ciepło, więc człowiek się nie spocił, ani za zimno, więc człowiek nie zmarzł. Tak nam się spodobało, że zamiast od razu schodzić, poszliśmy jeszcze na spacer trasą czerwoną w kierunku Ustrzyk, dochodząc aż do Szerokiego Wierchu. Po tym spacerku zawróciliśmy i rozpoczęliśmy zejście do auta. Poszło szybko i sprawnie, o dziwo tym razem w ogóle nie marudziliśmy. No, może poza mną, przez chwilę, gdy padł pomysł powrotu przez Ustrzyki. Ale był to protest krótki i mało znaczący. 

W drodze powrotnej do hotelu trafiliśmy na Wilczy Kęs – świetną restaurację, z dużą ilością miejsca do zabawy, trampoliną i boiskiem do badmintona oraz dwoma psami-wilkami, które można było pogłaskać. A i jedzenie było nie najgorsze! Po tej sytej uczcie musieliśmy szybko odpoczywać w hotelu, bo wieczorem czekała nas obserwacja nieba w strefie ciemności. Szczerze mówiąc to woleliśmy z Brunem zamiast nieba pooglądać bajki w hotelu (Ninjago is back baby!). Stwórcy uparli się jednak i potwierdzili nasze przybycie. Niebo miało być bezchmurne, więc to podobno jedyna taka okazja. No więc pojechaliśmy. Po drodze spotkaliśmy prawdziwego żubra, który nie mógł się zdecydować czy nas przepuścić, czy wymusić na nas pierwszeństwo. Na szczęście wybrał to pierwsze, więc niedługo później dojechaliśmy na miejsce. Po dotarciu na polanę czekały na nas bardzo wygodne leżaki i pół godziny prezentacji (nuda!). Następnie zaczęliśmy oglądanie planet – na pierwszy ogień poszła Wenus (świeciła tak mocno, że raziła w oczy) oraz Jowisz (widziałem całe 2 jego paski). Później znowu wykład o mgławicach, supernowych i innych galaktykach, podczas których Bruno zasnął (schowaliśmy go w śpiwór), a ja zmarzłem tak, że chciałem jechać do domu. Na szczęście mieliśmy gorącą herbatę – Decathlon z Tarnowa pozdrawia! Po tej przydługiej prezentacji nadszedł czas na obejrzenie tych wszystkich rzeczy, o których wcześniej słuchaliśmy. Okazało się to całkiem fajnym przeżyciem, bo naprawdę to wszystko zobaczyliśmy, łącznie z galaktykami oddalonymi o kilkanaście milionów lat świetlnych. Trudno to sobie nawet wyobrazić, ale robi wrażenie. Do tego trochę się rozruszaliśmy i rozgrzaliśmy podczas chodzenia od teleskopu do teleskopu. Na koniec uprzejmy Pan prowadzący zrobił nam zdjęcie na tle drogi mlecznej, które wyszło epicko (Bruno niestety smacznie wtedy spał pod dwoma śpiworami, więc się nie załapał). W całym wieczorze najbardziej jednak podobał nam się super wskaźnik laserowy, rodem z Gwiezdnych Wojen, którym prowadzący wskazywał gwiazdy na niebie. Taki sprzęt zdecydowanie powinien znaleźć się w arsenale każdego dzieciaka!

Visited 3 times, 1 visit(s) today