3 views 8 mins 0 comments

MOGIELICA PO RAZ DRUGI.

In 2026
20 kwietnia, 2026

Pamiętacie Bilbo Bagginsa jak mówił „I wanna see mountains Gandalf”? To właśnie ta myśl przyświecała Ojcu przez długi czas. Okazało się bowiem, że ostatni raz byliśmy w górach prawie rok temu, podczas majówki, a tamten wyjazd trudno uznać za spektakularny sukces. Co prawda zdobyliśmy Czernicę, która w koronie nie jest (całkowicie przez przypadek) oraz kolejny raz Kowadło (bardziej dla towarzystwa niż z ambicji sportowych), ale cały wyjazd zakończył się ekspresowym powrotem do domu, wizytą u lekarza i moim pobytem w szpitalu. Nic dziwnego, że Ojciec od dawna marzył o normalnym, spokojnym wyjeździe zakończonym zdobyciem jakiegoś sensownego szczytu.

Problemem był jak zwykle kalendarz. Wiecznie coś: mecz, lekarz, trening, urodziny lub jakieś inne tajemnicze wydarzenia. Czasami wydawało się, że łatwiej byłoby rozwiązać problemy trzeciego świata, niż znaleźć czas na wyjazd. W końcu jednak pojawił się wolny weekend, który Ojciec natychmiast zagospodarował. Plan był prosty: na początek Mogielica. Co prawda byliśmy tam już kiedyś, ale wtedy jeszcze nie posiadaliśmy książeczek zdobywcy, więc wycieczka nie zaliczyła się tak, jak powinna – potrzebna była pieczątka ze szczytu. 

Ruszyliśmy zaraz po śniadaniu. Droga minęła zaskakująco sprawnie – dzieci słuchały audiobooków na słuchawkach, a Stwórcy prowadzili swoje niekończące się rozmowy o wszystkim i niczym. Na około pół godziny przed dotarciem na miejsce zatrzymaliśmy się jeszcze w przydrożnym zajeździe, żeby napełnić brzuchy przed atakiem. Ja z Brunem wzięliśmy zupę i elegancko ją spałaszowaliśmy. Stwórcy postawili natomiast na jajecznicę oraz pajdę chleba ze smalcem. Jak się później okazało, był to prawdopodobnie punkt zwrotny całego weekendu. Po posiłku ruszyliśmy zdobywać szczyt. Pogoda dopisała idealnie – słońce, przyjemna temperatura i widoki, które od razu poprawiają morale. Trasa była w sam raz: na tyle wymagająca, żeby nie było nudno, ale bez przesady. Dzięki temu obyło się bez większego marudzenia i całkiem sprawnie dotarliśmy na polanę, gdzie zrobiliśmy pierwszy postój. Chwila odpoczynku, kilka łyków wody i ruszyliśmy dalej po pieczątkę na szczyt. Na górze standardowy rytuał został dopełniony, po czym wróciliśmy na polanę na dłuższą przerwę. Stwórcy kontemplowali okoliczności przyrody, jakby właśnie odkryli sens życia, a my turlaliśmy się po trawie i prowadziliśmy intensywne poszukiwania jaszczurek. Sielanka pełną gębą. Ojciec stwierdził, że poprzednim razem trasa wydawała się dłuższa i trudniejsza, ja natomiast uważam, że po prostu jesteśmy trochę starsi i forma dopisuje! 

Plan na kolejny dzień zakładał zdobycie Radziejowej. Wiązało się to z przejazdem przez Nowy Sącz, a skoro Nowy Sącz, to wiadomo, obowiązkowy postój u Argasińskich na najlepsze lody w regionie. Tak też uczyniliśmy. Wieczorem dotarliśmy do noclegu w Piwnicznej. Miejsce było świetne, pięknie położone przy rzeczce. Ja, kierowany nagłą i niezwykle pilną potrzebą spożycia jogurtu, wybrałem się do Biedronki. Sam! W drodze powrotnej dołączyli do mnie Ojciec z Brunem, którzy uznali, że po całym dniu chodzenia spacer to świetny pomysł. Kolacja była raczej średnia. Wyjadaliśmy resztki z plecaków niczym doświadczeni alpiniści na koniec trzymiesięcznej wyprawy. Nie przeszkodziło nam to w wieczornych zabawach i obowiązkowym kinie przed snem. Wydawało się, że wszystko jest gotowe na kolejny dzień. Noc przyniosła jednak nagły zwrot akcji. Ojcu ewidentnie zaszkodziło coś zjedzonego wcześniej, a głównym podejrzanym szybko została nieszczęsna kanapka ze smalcem, która najwyraźniej przez cały dzień w plecaku wystawionym na słońce wyhodowała sobie jakieś wredne szczepy bakterii. Lub też złapał jakiegoś wirusa żołądkowego. W każdym razie efekt był taki, że całą noc spędził na pielgrzymkach do łazienki oraz prowadzeniu głębokich rozmów z wielkim uchem. Nie zmrużył oka nawet na chwilę i rano wyglądał jak człowiek, który przegrał walkę z życiem. Ledwo stał na nogach, ale oczywiście deklaracja była jedna: idziemy na górę. Matka spojrzała na niego z mieszaniną politowania i niedowierzania, ale ponieważ reszta ekipy czuła się dobrze, ruszyliśmy zgodnie z planem. Tyle że z każdą minutą sytuacja wyglądała coraz gorzej. W samochodzie stało się jasne, że nie będzie żadnego zdobywania szczytu, a jedynie (cytując klasyka Jurka Kukuczkę) „wyjście w kierunku szczytu”. Dojechaliśmy do Bacówki na Obidzy, gdzie zdrowa trójka zjadła śniadanie, a Ojciec próbował nie zemdleć. Następnie ruszyliśmy bardzo spokojnym tempem w trasę. Po około dwudziestu minutach marszu ukazały nam się piękne Tatry. Widok był fantastyczny, ale to był moment, w którym Ojciec wreszcie poszedł po rozum do głowy i stwierdził, że jednak nie da rady. Decyzja zapadła: zawracamy i wracamy do domu. Powrót przebiegł bez przygód, choć tym razem Matka przejęła rolę kierowcy, a Ojciec dogorywał na miejscu pasażera, próbując przetrwać podróż.

Podsumowując: góry na literę „R” zdecydowanie nam nie służą. W zeszłym roku nie udał się Rudawiec, teraz poległa Radziejowa. Może jednak jest w tym jakaś logika, w końcu do trzech razy sztuka. Trzecią górą na „R” w Koronie są Rysy. Jeśli coś miało się nie udać, to zdecydowanie lepiej przy tych dwóch niższych górkach niż przy królu całej korony. 

Visited 2 times, 1 visit(s) today