Tym razem na majówkę pojechaliśmy odwiedzić Świniary i Wrocław. Brzmi to jak połączenie dwóch zupełnie różnych światów – z jednej strony sielskość, wiejsko-rodzinne klimaty, z drugiej duże miasto z ambicjami turystyczno-kulturalnymi. Program więc zapowiadał się ambitnie. Jak zwykle zerwaliśmy się skoro świt, czyli – zgodnie z naszą definicją tego pojęcia – tuż przed ósmą. „Skoro świt” jest zresztą określeniem mocno umownym, bo istnieją ludzie, którzy o tej porze mają już za sobą pół dnia produktywności, ale w naszej logistyce rodzinnej ósma rano i tak uchodzi za całkiem niezły wyczyn organizacyjny. Błyskawicznie zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy walizki i już po chwili byliśmy gotowi do drogi. To „już po chwili” również należy interpretować w rodzinnych jednostkach czasu, gdzie każda operacja wymagająca ubrania dzieci, spakowania przekąsek, zabawek, zapasowych ubrań i stu innych rzeczy rządzi się własną czasoprzestrzenią. U nas chwila trwała do jedenastej i wtedy ruszyliśmy w trasę. Ruch był spory, więc nie pędziliśmy przesadnie szybko. Miało to jednak swoje zalety. Obejrzeliśmy trochę bajek, przespaliśmy się z godzinkę i generalnie podróż minęła całkiem przyjemnie. Z wyjątkiem Ojca oczywiście, który – jak to zwykle bywa – pełnił funkcję kierowcy, logistyka i osoby odpowiedzialnej za dotarcie do celu w jednym kawałku.
Na miejscu, w Świniarach, było fantastycznie. Ja praktycznie nie odstępowałem Babci na krok, co z jednej strony można interpretować jako przywiązanie rodzinne, z drugiej jako strategiczne ustawienie się w pobliżu źródła jedzenia i uwagi. Bruno natomiast obrał zupełnie inną ścieżkę i większość czasu spędzał biegając za zwierzętami. Chodziliśmy na spacery do lasu, a tak zwanym międzyczasie, jeździliśmy rowerkami od jednego garażu do drugiego. Dla osoby postronnej może brzmieć to jak mało ambitna trasa, ale dla nas stanowiła pełnoprawny tor rally-crossowy. Brunowi szczególnie się podobało, ponieważ teren miał lekkie nachylenie. Dzięki temu mógł rozpędzać się bez konieczności odpychania, co – jak wiadomo – jest szczytem efektywności na rowerku biegowym. Ja natomiast postanowiłem pójść krok dalej i zacząłem wywijać na rowerze różne dzikie manewry, które jak można się domyślić, skończyły się klasycznie: kraksa, spotkanie z krawężnikiem oraz rana na biodrze. Wakacje bez drobnego urazu się nie liczą. Dziadek regularnie uruchamiał nam bajki na swoim gigantycznym telewizorze, który robił wrażenie niemal kinowe, a Babcia serwowała kolejne słodkości z częstotliwością, która mogłaby zaniepokoić przeciętnego dietetyka. To sernik, to babka, to ciasteczka, to lody, to cukierki. Dawki cukru, jakie przyjmowaliśmy z Brunem, osiągnęły poziom jak dotąd niespotykany. Gdyby istniał ranking spożycia słodkości wśród małych dzieci podczas majówki, mielibyśmy realne szanse na zwycięstwo.
W piątek po śniadaniu pożegnaliśmy Dziadków i ruszyliśmy do Wrocławia. Cel był podwójny: odwiedzić kuzynki oraz pozwiedzać miasto. Popołudnie spędziliśmy w parku przy Zamku Topacz. Podziwialiśmy stare samochody, parowóz i – co dla nas najważniejsze – bawiliśmy się na ogromnej górze piachu. Jak się okazuje, niezależnie od liczby atrakcji, dziecięca hierarchia wartości pozostaje zadziwiająco stabilna: piach zawsze jest w czołówce. Kolejny dzień rozpoczęliśmy od wizyty w Kolejkowie, czyli wystawie miniatur dworców i kolei z całej Polski. Stwórcy mieli wobec tej atrakcji spore oczekiwania. Rzeczywistość okazała się jednak mniej spektakularna. Mnie średnio się podobało, a Bruno całą atrakcję przespał. Jedynym jasnym punktem był fakt, że Ojciec nie kupił biletu, ponieważ musiał siedzieć z nim w aucie, więc przynajmniej udało się trochę zoptymalizować koszty. Znacznie lepiej było podczas przejażdżki kolejką linową. Tutaj muszę przyznać zupełnie szczerze: było znakomicie. Nawet Bruno, który początkowo nie chciał wejść do wagonika, ostatecznie również uznał tę atrakcję za godną uwagi. Po przejażdżce przyszła kolej na klasyczny punkt programu, czyli przekąskę w McDonaldzie. Następnie odbyliśmy krótki spacer po wrocławskim rynku, po czym ruszyliśmy do Hali Stulecia na wystawę kosmiczną. Stwórcy byli przekonani, że będzie świetnie. Jak wiadomo jednak, najgorzej jest wtedy, gdy komuś się wydaje. Wystawa okazała się beznadziejna. Było to zdecydowanie najgorzej zainwestowane 130 zł w historii naszych rodzinnych wycieczek. Ocena surowa, ale uczciwa. Na szczęście na samym końcu wystawy znajdował się „symulator” kabiny promu kosmicznego, więc mogliśmy sobie trochę polatać. Ten jeden element uratował wystawę przed absolutną katastrofą, ale generalnie pieniądze można było wydać zdecydowanie lepiej. Po powrocie do domu coś przekąsiliśmy, a wieczorem wróciliśmy jeszcze raz do Zamku Topacz, tym razem odwiedzając muzeum starych samochodów. Miejsce było fajne, ale miało jednak jedną zasadniczą wadę: nie można było wsiadać do eksponatów. Dla dzieci jest to ograniczenie fundamentalne. Samo oglądanie samochodu to tylko niewielka część doświadczenia. Prawdziwa wartość zaczyna się dopiero wtedy, gdy można usiąść za kierownicą i udawać, że się nim odjeżdża. Tutaj tego zabrakło. W niedzielę po śniadaniu zebraliśmy manatki i ruszyliśmy do domu. W planach było jeszcze zoo, ale pogoda nie sprzyjała, więc z pomysłu zrezygnowano. Paradoksalnie wyszło nam to na dobre, bo dzięki wcześniejszemu wyjazdowi zdążyliśmy jeszcze zjeść pizzę w Amodo Mio i odwiedzić Lenkę.
Cały weekend można więc uznać za w miarę udany. Jak się okazało, najlepszą atrakcją całego wyjazdu była kolejka linowa. Przejażdżka trwała całe pięć minut i kosztowała 14 zł. To kolejny dowód na to, że cena ani długość atrakcji nie mają większego znaczenia, jeśli wrażenia są odpowiednio dobre. No i oczywiście pozostają jeszcze przepastne ilości słodkości, które – obok kolejki – stanowiły fundament sukcesu tej majówki.
