31 views 7 mins 0 comments

DOLINA FILMOWA.

In 2018
01 października, 2018

Kolejny weekend września i kolejna wycieczka. Stwórcy uznali, że skoro pogoda w roku 2018 postanowiła pobić wszelkie statystyki i zachowywać się bardziej jak południe Europy niż środkowa Polska, należy to bezwzględnie wykorzystać. Tym razem zafundowali nam podróż pod Piaseczno. Brzmi może niezbyt spektakularnie – nie są to Alpy, Toskania ani nawet Trójmiasto poza sezonem – ale pozory bywają mylące. Osobiście nie wyobrażam sobie obecnie lepszej destynacji i już regularnie dopytuję, kiedy pojedziemy tam znowu.

Stwórcy nie pamiętają, kiedy ostatnio mieliśmy tak długi okres słonecznej, bezdeszczowej i przyjemnej aury. Polska w 2018 roku najwyraźniej otrzymała jakiś klimatyczny bonus, z którego korzystamy, ile się da. Ładna pogoda ma bowiem tę niezwykłą właściwość, że motywuje ludzi do opuszczania mieszkań i ruszania czterech liter z kanap. Ruszyliśmy więc nasze cztery litery, a po drodze klasycznie zahaczyliśmy o McDonald’s. To już niemal nasz rytuał podróżniczy (zdecydowanie niezdrowy, ale za to jaki pyszny!). Stwórcy wypili po kawce, próbując pozyskać trochę energii niezbędnej do dalszego funkcjonowania, a ja z Brunem udaliśmy się na plac zabaw. Nie jestem szczególnym fanem placów zabaw w McDonads’ach. Przyczyna jest prosta i całkowicie racjonalna: zjeżdżalnia jest ciemna. Ciemna zjeżdżalnia oznacza tunel, tunel oznacza brak widoczności, a brak widoczności oznacza potencjalne zagrożenie, którego żaden rozsądny człowiek – niezależnie od wieku – nie powinien ignorować. Ojciec, świadomy mojego oporu i najwyraźniej zdeterminowany, by przeprowadzić małą terapię, postanowił działać. Wziął Bruna, wspiął się z nim na górę konstrukcji i po chwili: ziuuuuu! Bruno zjechał na brzuchu wprost do czekającej na dole Matki. Widząc taki obrót wydarzeń, znalazłem się w sytuacji bez wyjścia. Skoro młodszy brat, człowiek stosunkowo niedawno opanowujący jeszcze sztukę chodzenia, właśnie zjechał bez mrugnięcia okiem, moja pozycja starszego i bardziej doświadczonego została zagrożona. Przecież nie mogłem być gorszy. Po krótkiej chwili wahania, kilku sekundach wewnętrznej walki i serii bardzo skomplikowanych procesów psychologicznych, również puściłem się w dół, licząc na bezpieczne przechwycenie przez Matkę. Jak można się domyślać, gdy tylko wylądowałem cały i zdrowy, cała wcześniejsza filozofia strachu momentalnie wyparowała. Natychmiast chciałem zjeżdżać dalej i odciągnięcie mnie od zjeżdżalni okazało się zadaniem niełatwym. Czas jednak naglił. Czekała na nas bowiem główna atrakcja dnia – Dolina Filmowa.

Na miejsce prowadziła dość długa droga przez las, co samo w sobie budowało atmosferę małej ekspedycji. Trochę jak podróż do ukrytego świata rozrywki, schowanego przed przypadkowymi śmiertelnikami gdzieś między drzewami pod Piasecznem. Kiedy w końcu dotarliśmy do wejścia, wydarzyła się scena godna kronik rodzicielskiej przedsiębiorczości. Pan w kasie spojrzał na naszą ekipę i oznajmił: dwa bilety dla dorosłych i dwa dla dzieci do trzeciego roku życia. Stwórcy bez chwili zawahania przytaknęli, przyjmując tę interpretację rzeczywistości z godnością ludzi, którzy wiedzą, że los właśnie się do nich uśmiechnął. W ten oto sposób zaoszczędziliśmy całe 20 zł. Wspaniały przykład rodzicielstwa i wzór godny naśladowania? Chyba nie za bardzo, ale kto by się przejmował takimi rzeczami, skoro nowy świat czeka na odkrycie!

Chwilę później zobaczyliśmy mnóstwo starych i najróżniejszych samochodów. Dużych, małych, dziwnych, klasycznych – cały przekrój motoryzacyjnej historii. To był jednak dopiero przedsmak tego, co miało się zaraz wydarzyć. Po zaliczeniu samolotu i helikoptera,  wkroczyliśmy na teren stricte filmowy i wtedy zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Był McQueen – rzecz jasna, bez niego wyjazd byłby kompletnie bez sensu. Była Sally Carrera. Był pociąg Thomas. Było jeszcze mnóstwo innych pojazdów z bajek i filmów, których nawet nie jestem w stanie poprawnie zidentyfikować, ale których obecność najwyraźniej miała robić wrażenie i robiła. Latałem więc jak szalony od jednego eksponatu do drugiego, Bruno oczywiście za mną, a za nim ledwo nadążający Stwórcy, desperacko próbujący pogodzić funkcję opiekunów, fotografów i logistyków w jednym. Zaliczyliśmy jeszcze zjeżdżalnię z McQueenem – co samo w sobie brzmi jak atrakcja zaprojektowana dokładnie pode mnie – oraz mini golfa. W mini golfie razem z Brunem skoncentrowaliśmy się jednak mniej na samym sporcie, a bardziej na testowaniu potencjału kijów golfowych jako narzędzi do przypadkowego wyrządzania szkód sobie nawzajem oraz osobom postronnym. W drodze powrotnej usiedliśmy jeszcze na Żelaznym Tronie, co pozwoliło nam przez chwilę poczuć się jak władcy siedmiu królestw. Podziwialiśmy też motocykle z Terminatora i innych Mad Maxów oraz zasiedliśmy w samochodzie Pogromców Duchów. 

Atrakcji i emocji było tak dużo, że kompletnie straciliśmy poczucie czasu. Nawet głód przestał istnieć, co u dzieci jest zjawiskiem równie rzadkim, jak wybuch supernowej. Jednak Bruno już dawno powinien był być na drzemce, więc z ciężkim sercem ruszyliśmy w kierunku auta, zagryzając po drodze kanapki. Gdy tylko Ojciec odpalił silnik i ruszył, oba małolaty padły niemal natychmiast. Z tyłu samochodu rozległo się już tylko ciche, regularne chrapanie – najpiękniejsza ścieżka dźwiękowa dla każdego rodzica po dniu pełnym atrakcji.

Visited 2 times, 1 visit(s) today