Takie wakacje to ja lubię. To zdanie, wypowiedziane z pełnym przekonaniem i satysfakcją kogoś, kto właśnie porównał trzy miliony opcji i bez najmniejszego wahania wybrał zwycięzcę, wymaga jednak pewnego kontekstu. Bo nie chodzi tu tylko o Mazury. Mazury są oczywiście bardzo ważne w naszym krótkim życiu, ale tym razem chodzi o coś znacznie rzadszego, bardziej ulotnego i cenniejszego w Polsce niż złoża miedzi na Dolnym Śląsku. W polskich warunkach niemal luksusowego. Chodzi o pogodę. Od Świąt Wielkanocnych była praktycznie cały czas znakomita. Ciepło, ciepło i jeszcze cieplej. Deszcz pojawiał się tak sporadycznie, że można było zacząć podejrzewać, iż został administracyjnie zawieszony. Jakby ktoś w ministerstwie klimatu stwierdził: „w tym sezonie robimy południe Europy, proszę dostosować garderobę”. Pół roku lata w Polsce. Sto osiemdziesiąt dni, podczas których Polska przestała być sobą i stała się czymś, czym z definicji geograficznej nigdy nie miała być: krajem niemal śródziemnomorskim. Czymś pomiędzy Toskanią a Prowansją, tylko z borówkami zamiast oliwek i z jeziorami zamiast Morza Śródziemnego. Bezcenne – jak mówi reklama pewnej karty kredytowej, bo są rzeczy, których nie można kupić za pieniądze, a dobre polskie lato jest jedną z nich. Statystycznie rzecz biorąc, jest zjawiskiem prawie mitycznym, jak jednorożec albo terminowy pociąg PKP. Na Mazurach spędziliśmy ponad trzy tygodnie – czyli w czasie dziecięcym mniej więcej tyle, ile trwało średniowiecze albo kariera The Beatles. Wydarzeń i zabaw było co niemiara i jedynie perspektywa oglądania bajek na tablecie pozwoliła mi spokojnie wyjechać z powrotem do Warszawy. Bez tego negocjacje mogłyby potrwać do pierwszych przymrozków.
Zaczęliśmy od zaćmienia Księżyca, o którym wspominałem wcześniej, i które, jak znakomicie pamiętacie, nie spełniło moich dość wysokich oczekiwań. Wiktor i Dominik wraz ze swoimi rodzicami i dziadkami czekali na nas pomimo późnej pory. Co prawda soli i chleba na powitanie nie było, ale za to przesiedzieliśmy na dworze jeszcze z godzinę, gapiąc się na czerwony księżyc, który jak już ustaliliśmy, był głównie czerwony i tylko trochę zaćmiony. Taki aktor drugoplanowy, który nagle dostał rolę życia i nie do końca wiedział, co z nią zrobić. Dlatego dość szybko poszliśmy spać, a od rana: hulaj dusza, piekła nie ma! Ten idiom jest całkiem dokładnym opisem następnych trzech tygodni. Przez ten czas przerobiliśmy w zasadzie wszystko, co tylko do przerobienia przez cztero- i dwulatka było. I tutaj muszę nieco zmienić formę narracji, bo trzy tygodnie intensywnych wakacji nie dają się opisać prozą – to byłoby mniej więcej tak, jak próba opowiedzenia o wszystkich obrazach w Luwrze jednym zdaniem. Zamiast tego – lista (na szczęście nie Schindlera):
– Wyjazdy nad jezioro, szaleństwa w wodzie i pływanie na różnych dmuchańcach, budowanie zamków z piasku oraz chlapanie wszystkich naokoło – zrobione. To taki fundament. To jest to, po co jedzie się nad mazurskie jeziora – nie po widoki (choć widoki są), nie po spokój (bo spokoju z dziećmi nie ma), ale po tę konkretną mieszaninę wody, piasku, hałasu i lekkiego chaosu, która w dziecięcej pamięci pozostaje jako definicja szczęścia.
– Strzelaniny z najróżniejszych gunów do wszystkich i wszystkiego, co się rusza i nie tylko – zrobione. Pistolet na wodę jako broń, ogród jako pole bitwy, niewinni dorośli jako cele. Cóż może być lepszego?!
– Zabawa w chowanego na całym ogrodzie – zrobione. Gra, która jest do dzieci tym, czym szachy dla dorosłych: pozornie prosta, w istocie złożona. Chodzi o to samo – znaleźć i nie zostać znalezionym, widzieć i nie być widzianym. Zresztą, już nawet Sun Tzu o tym pisał.
I dalej:
– Wchodzenie na drabinę i zrywanie czarnego bzu – zrobione.
– Zabawa w policjantów i przestępców – zrobione.
– Poszukiwanie i zabijanie zombiaków – zrobione.
– Ognisko – zrobione.
– Nauka jazdy na dużym rowerze z pedałami – zrobione.
– Prawie kino – czyli oglądanie filmu w nocy na komputerze – zrobione.
– Filmiki na YouTube – obejrzane.
– Mistrzostwa świata w lekkiej atletyce podwórkowej – zrobione.
– Oznaczenie swojego drzewa w lesie literką Z jak Zygzak – zrobione.
– Kąpiel Bruna w wiadrze – zrobione.
– Badminton – zrobione.
– Piłka nożna – zrobione.
– Nauka chodzenia Brata – zrobione. To był dla niego wielki kamień milowy i zasługuje na własny, oddzielny wpis (już niedługo!).
– Oszałamiająca liczba zjedzonych lodów – zrobione, i to przede wszystkim.
Zdajecie sobie zapewne sprawę, że uczestniczyliśmy z Bratem w większości tych wydarzeń. Dlatego też nie za bardzo był czas, żeby to wszystko notować ze szczegółami. I to jest proszę państwa szczera deklaracja moich ograniczeń kronikarskich. Dokumentowanie i przeżywanie są w wiecznym konflikcie. Kronikarz musi albo być obecny albo pisać – jedno wyklucza drugie. Tak więc musimy pozostać przy hasłach-ogólnikach. Bo ani iCloud, ze swoją pojemnością liczoną w jednostkach na pograniczu fizyki kwantowej, ani Chuck Norris — człowiek-legenda, który teoretycznie mieści wszystko — nie mieliby wystarczająco dużo miejsca, żeby pomieścić te trzy tygodnie. Trzy tygodnie, ciągłe słońce, dużo wody, jeszcze więcej lodów. I lista rzeczy zrobionych, która jest właściwie tylko skrótem czegoś, czego się nie da zapisać. Wakacji.
