32 views 7 mins 0 comments

KONIEC DYSTRYBUTORÓW.

In 2018
18 czerwca, 2018

Ojciec podjął decyzję. Nie było fanfar. Nie było też dramatycznej pauzy jak u Christophera Nolana, gdy kamera powoli zbliża się do twarzy bohatera, a Hans Zimmer robi z orkiestrą rzeczy, które brzmią tak, jakby próbowała udusić samą siebie. Było raczej ciche, wewnętrzne „dość”. To „dość”, które nie przychodzi nagle. Ono narasta. Powoli, systematycznie, jak osad w czajniku albo wypalenie zawodowe. Pojawia się gdzieś między piętnastym a szesnastym miesiącem chronicznego niewyspania. Piętnaście miesięcy nieprzespanych nocy to zresztą jednostka czasu, którą spokojnie można by wprowadzić do podręczników historii obok wojny trzydziestoletniej lub stulecia wojen napoleońskich — tyle że z mniejszą liczbą traktatów pokojowych, a większą ilością kaszek o trzeciej nad ranem i butelek podgrzewanych przy świetle telefonu komórkowego. W każdym razie miarka się przebrała. Ta metaforyczna miarka, rzecz jasna, bo nikt nie prowadzi dziennika niewyspania. Nikt nie zapisuje: „dzień 437: nadal nie śpię, morale niskie, zapasy kawy na wyczerpaniu”. A jednak ona istnieje — gdzieś z tyłu głowy, jak dług publiczny u ministra finansów. Niewidoczna, ale stale obecna. A skoro się przebrała, to należało działać.

Ojciec zaplanował więc męski wyjazd na Mazury. W czwartek wieczorem, korzystając z obecności Babci, spakowaliśmy manatki. Teoretycznie: kilka rzeczy. Praktycznie: cały bagażnik. Pożegnaliśmy Matkę i zostawiliśmy ją samą w domu, co samo w sobie miało w sobie coś z małej rewolucji. Ruszyliśmy, droga minęła szybko, głównie dlatego, że ją przespaliśmy. Dzięki temu później mogliśmy śmigać niemal do północy. I wtedy wydarzyło się coś podejrzanie idealnego. Coś, co w kontekście poprzednich piętnastu miesięcy brzmiało jak science fiction. Bruno zasnął niemal natychmiast i spał… prawie bez przerwy do 5:30 rano. Tak po prostu. Bez dramatów. Bez protestów. Bez awantur. Pierwsza noc — ta, która według wszelkich podręczników rodzicielstwa powinna być najgorsza, najbardziej traumatyczna, najbardziej wymagająca – okazała się zadziwiająco bezproblemowa. To było jak pierwsze lądowanie Apollo 11 – wszyscy spodziewali się problemów, komplikacji, może nawet katastrofy. A tu: sukces! 

Noc była krótka – bo pięć i pół godziny snu to według jakichkolwiek standardów niewiele, chyba że jesteś Margaret Thatcher albo Napoleonem, któym podobno wystarczały tylko cztery godziny snu. Także około dziesiątej Bruno udał się na „krótką” drzemkę. Krótką — oczywiście w sensie filozoficznym, bo była mniej więcej tak „któtka”, jak historia Europy od upadku Cesarstwa Rzymskiego do dziś – trwała cztery godziny. Plan na wieczór był prosty, taki sam jak poprzedniej nocy. Dziecko należało przetrzymać jak najdłużej, nakarmić solidnie jak kurczaki na farmie i położyć spać bardzo późno. Najlepiej około północy. Jak można się domyślić, rzeczywistość miała inne plany. Zamiast nocnych szaleństw do północy, Bruno zasnął… przed ósmą. Ojciec, lekko zaniepokojony tym nagłym odstępstwem od scenariusza, również postanowił nie ryzykować i położył się spać wcześniej. Około trzeciej nad ranem Bruno się obudził. I tu — ku zaskoczeniu wszystkich — nie wydarzyło się nic spektakularnego. Trochę pomarudził, trochę przysnął, trochę się budził. Po jakiejś godzinie zasnął na dobre i obudził się dopiero przed siódmą. Trzecia i czwarta noc były jeszcze lepsze. Zasypiał po dziewiątej, budził się około drugiej, a wtedy Ojciec brał go do siebie i… Bruno zasypiał. Bez krzyku, bez płaczu, bez awantur. Gdyby ktoś to opisał w poradniku dla rodziców, zostałby oskarżony o szerzenie fikcji literackiej. Albo o zwykłe kłamstwo i prowadzenie kampanii dezinformacyjnej. A jednak wydarzyło się to naprawdę, przynajmniej tak twierdzi Ojciec. 

W poniedziałek wróciliśmy do Warszawy. I wtedy nastąpił moment, który można by nazwać sceną kulminacyjną. Bruno zobaczył Matkę. W jego umyśle zapaliła się klasyczna żarówka — taka, którą mógłby opatentować osobiście Thomas Edison – i sekundę później rozpoczął ofensywę na jej bluzkę, której nie powstydziliby się komandosi z Navy Seals. Stwórcy zareagowali błyskawicznie i szybko odwrócili jego uwagę. Sytuacja została opanowana. W domu czekała na nas kolejna niespodzianka – łóżeczko Bruna pojawiło się w moim pokoju. Początkowo przyjąłem to z entuzjazmem odkrywcy, który właśnie znalazł nowy kontynent. Po chwili jednak zaczęły pojawiać się wątpliwości. Na szczęście szybko się z nimi uporałem i zaakceptowałem nową rzeczywistość: współlokator. Młodszy, głośniejszy, ale w końcu mój własny. Usypianie profilaktycznie zostało przypisane Ojcu, który zdecydował się na zastosowanie techniki superniani. Bruno wstaje — Ojciec podchodzi — całuje — odkłada. Bez słów. Bez negocjacji. Bez filozofii. Bez żadnego z tych elementów, które zwykle komplikują proste rzeczy. Bruno oczywiście wstawał znowu. I znowu. I jeszcze raz. I tak jeszcze z dwadzieścia osiem razy, aż w końcu… odpadł. No więc i ja również w końcu mogłem zasnąć. 

Od tamtej pory minął tydzień. Jest coraz lepiej. Metoda Superniani nadal obowiązuje, ale jej czas trwania systematycznie się skraca. Stwórcy już nie mogą się doczekać, kiedy będzie można nam tylko poczytać, pocałować i zostawić samych do zaśnięcia. Ale znając życie, Brata i przede wszystkim samego siebie, zbyt szybko to nie nastąpi!  

Visited 2 times, 1 visit(s) today