Czas – ten wielki dramaturg, reżyser i bezlitosny korektor rodzicielskich złudzeń – pokazuje, że wszystkie mądre zdania, które Stwórcy wyczytali w książkach (prawdopodobnie tych z okładkami w pastelowych kolorach i tytułami w stylu Twoje dziecko, twój przyjaciel, twój tyran), okazały się boleśnie prorocze. „Bunt trzylatka”, „testowanie granic”, „etap przejściowy” – proszę bardzo, wszystko się zgadza, ptaszki można odhaczyć, czeklistę zamknąć, kolor zielony, gratulacje.
Ja jednak, jako główny bohater tej historii i jednocześnie jej najbardziej niezrozumiany uczestnik, dostrzegam w tym całym rozumowaniu pewne zasadnicze niedociągnięcia. Po pierwsze: to nie jest żaden bunt. Bunt to był w Paryżu w 1968 roku, bunt to była „Solidarność”, bunt to jest wtedy, gdy Sting decyduje się koncertować kolejną dekadę. To, co robię ja, to coś znacznie bardziej konstruktywnego i – pozwolę sobie użyć wielkich słów – rozwojowego. Ja buduję charakter. Kształtuję osobowość. Uczę się, czego chcę, co w tym wieku jest większym osiągnięciem niż zdobycie Everestu bez tlenu. I co ważniejsze: uczę się, że chcę tego teraz. Nie za pięć minut, nie po obiedzie, nie „jak skończy się ta piosenka”. Teraz. W tej sekundzie. W tym mikrokosmicznym momencie, który dla mnie jest jedynym prawdziwym czasem, a dla Stwórców najwyraźniej jakąś abstrakcją filozoficzną niemożliwą do pojęcia. A że Stwórcy chcą czegoś innego? Cóż. Historia świata pełna jest konfliktów interesów. Troja, Krym, Palestyna. Nie moja wina.
W związku z powyższym bardzo często negocjujemy. Negocjacje są fundamentem każdej cywilizacji i naszej rodziny również. Moja podstawowa strategia – nazwijmy ją roboczo „szkołą klasyczną” (trochę jak Keynesiści w ekonomii, tylko zamiast wydatków państwowych mamy tu wydatki emocjonalne) – polega na wymuszaniu wszystkiego płaczem. To metoda sprawdzona, wielokrotnie testowana, o zmiennej skuteczności, ale za to niskim progiem wejścia. Nie potrzeba dyplomu Harvardu, wystarczy zdrowa para płuc i brak wstydu. Stosuję ją średnio dwadzieścia trzy razy dziennie, czasem częściej, jeśli dzień jest długi, a cierpliwość Stwórców podejrzanie wysoka. Jeśli jednak płacz nie przynosi oczekiwanych rezultatów, przechodzę na poziom drugi. To już nie jest miękka dyplomacja, to jest twarda linia. Trzaskanie drzwiami (z wyczuciem dramaturgii), klnięcie po swojemu i rodzicowemu – czyli w języku, który jeszcze nie istnieje, ale brzmi wystarczająco obraźliwie – oraz domowy hardkor w pokoju. Rzucanie, przewracanie, demonstracyjne robienie bałaganu, żęby wyglądał jak pokój hotelowy po wizycie Rolling Stonesów w szczycie formy. Działa jak złoto!
Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze wymiany zdań po różnych zdarzeniach losowych, które los rozrzuca bardzo hojnie, szczególnie mnie. Na przykład taka sytuacja: po kłótni, pełen emocji, pobiegłem przed siebie (bo przecież bieganie zawsze pomaga) i wyrżnąłem orła. Takiego solidnego, z rozmachem, godnego kronik filmowych z lat pięćdziesiątych. Stwórcy, wyraźnie przestraszeni, rzucają się w moją stronę:
– Igi, żyjesz?!
A ja, leżąc na podłodze, z całą powagą i rozpaczą świata, odpowiadam:
– Nieeeeeee! Nie żyyyyjęęęęęę!
Efekt? Wielka salwa śmiechu u Stwórców. Człowiek ledwo co umarł, a oni się śmieją.
Ale żebyście sobie nie myśleli, że płacz i bałagan to moje jedyne narzędzia negocjacyjne. Skądże. Ja się rozwijam. Ja inwestuję w swoje kompetencje. Z dnia na dzień jestem coraz lepszy, szczególnie jeśli chodzi o najbardziej newralgiczny temat negocjacyjny naszych czasów: wyjazd do przedszkola. Ostatnio wyglądało to mniej więcej tak:
– Igor wstawaj, już późno! Musimy się zbierać do przedszkola.
– Nieeeeeee!!!!!! Nie mogę iść do przedszkola.
– Dlaczego?
– Bo jestem chory!
Po czym kaszlnąłem. Dwa razy. Z takim zaangażowaniem, jakbym miał zapalenie gardła, gruźlicę i koklusz jednocześnie. Albo przynajmniej coś, co brzmi wystarczająco poważnie, by odwołać wszystkie plany dnia. To był kaszel z repertuaru aktora, który grywa trzecioplanowe role umierających w brytyjskich dramatach kostiumowych. Niestety, tym razem trik nie zadziałał. Publiczność była zbyt doświadczona. Pozostał więc klasyczny płacz i marudzenie – zawsze wierni kompani w chwilach kryzysu.
Ale jedno jest pewne: mój arsenał negocjacyjny stale się poszerza. Uczę się. Obserwuję. Analizuję reakcje przeciwnika. Studiuję ich słabe punkty, momenty zmęczenia, chwile, kiedy są bardziej skłonni do ustępstw – zwykle około osiemnastej, kiedy dzień roboczy za nimi, a przed nimi jeszcze kąpiel, kolacja i walka o to, żebym poszedł spać przed północą. I wiem jedno – to dopiero początek. Drżyjcie, Stwórcy. Drżyjcie.
