18 views 5 mins 0 comments

MAJÓWKA 2018.

In 2018
10 maja, 2018

Intensywna. To chyba najbardziej uczciwe słowo, jakim można opisać tegoroczną majówkę. Intensywna jak obóz przetrwania na końcu świata prowadzony przez Beara Gryllsa. Albo jak maraton Breaking Bad oglądany bez snu, kawy i nadziei na happy end. Weekend był dłuuuugi. Tak długi, że w pewnym momencie przestałem wierzyć, że kiedykolwiek się skończy, jak czytanie Ulissesa. Wiesz, że teoretycznie ma koniec, ale dotarcie do niego wydaje się niemożliwe. Trwał dziesięć dni — od piątku do kolejnej niedzieli — co brzmi jak błąd w kalendarzu albo ukryty eksperyment społeczny badający granice ludzkiej wytrzymałości.

Zaczęliśmy od wyjazdu do Świniar. Nie wypadało już dłużej zwlekać z odwiedzinami, ponieważ od 13 miesięcy Dziadkowie nie widzieli jeszcze mojego Brata. Dlatego też w sobotę rano, z klasycznym godzinnym poślizgiem, ruszyliśmy w drogę. Dotarliśmy szybko, ponieważ od niedawna mamy drogę szybkiego ruchu od domu aż do Rawicza. Początkowo Świniary nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. Ot, przestrzeń. Cisza. Zieleń. Bruno natomiast odnalazł się tam natychmiast, jak Armstrong na Księżycu. Wystarczyło, że zobaczył Kibica – psa, który jest do Świniar tym, czym Big Ben do Londynu: nieodłącznym elementem krajobrazu – i od tej chwili jego życie nabrało sensu. Wszystko inne przestało się liczyć. Fontanna, zabawki, ludzie – to wszystko zeszło na dalszy plan. Biegał za nim bez opamiętania, szczekał, angażując się w rolę tak bardzo, że momentami trudno było odróżnić, który jest który. Dla jasności: mój Brat jeszcze nie chodzi, tylko porusza się na czworaka, ale niech was to nie zmyli — determinacji i pasji mógłby mu pozazdrościć niejeden pies. Możliwe, że nawet sam Kibic zaczynał odczuwać presję konkurencji. Ja natomiast rozluźniłem się dopiero wtedy, gdy odkryłem działającą fontannę. Od tego momentu mój plan dnia był prosty i konsekwentnie realizowany: kąpać w niej wszystkie moje zabawki oraz podejmować regularne próby wpadnięcia do środka. Niedługo później przyjechali kolejni goście: Ola, Dominika oraz rodzina Doktorów, co oznaczało jedno — najmłodsi Bracia Cz. znaleźli się w siódmym niebie. Kolejnego dnia Bruno kontynuował swoją misję tropienia kota i psa, a ja niezmiennie zajmowałem się kąpaniem zabawek, wycieczkami nad jezioro i do lasu oraz ogólnym korzystaniem z życia. W Świniarach spodobało mi się tak bardzo, że oznajmiłem, iż nie zamierzam wyjeżdżać. Ten komunikat wywołał wzruszenie u Dziadków i lekką panikę u Stwórców. Niestety czas naglił i trzeba było wracać do Warszawy.

Na drugą część majówki pojechaliśmy na Mazury. Ojciec został w domu, żeby rozpocząć remont nowo nabytego mieszkania, a reszta ekipy — jak na profesjonalnych urlopowiczów przystało — dała klasyczną nóżkę. Spędziliśmy kilka naprawdę miłych dni, praktycznie bez przerwy na świeżym powietrzu. Jeździliśmy z Brunem na zebrze i motorze, bawiliśmy się w piaskownicy, a ja nawet kosiłem trawę z Dziadkiem, co było wydarzeniem niemal symbolicznym — jak inicjacja albo pierwszy dzień w pracy. Oczywiście nie obyło się bez tekstów-klasyków. Po wejściu w morze pięknych, kwitnących kwiatów rzuciłem od niechcenia:
— Ładne mam oczy, co?

Babcia niemal dostała zawału ze śmiechu, a Matka próbowała powstrzymać łzy — wzruszenia, dumy i tego rodzaju emocji, które pojawiają się nagle i zupełnie bez zapowiedzi.

Szkoda tylko, że wszystko tak szybko się skończyło. Jak zawsze. I że trzeba było wracać do domu, gdzie nie ma fontanny, psa do gonienia i kwiatów, w które można wejść i powiedzieć coś, co na chwilę zatrzymuje świat.

Visited 2 times, 1 visit(s) today