No i stało się. Stwórcy od dłuższego czasu z przerażeniem – dobrze, dobrze, może nie z przerażeniem, ale jednak z wyraźnym dyskomfortem – wyczekiwali tego momentu. I w końcu, po kilku latach względnego spokoju, doczekali się. Przyszedł znienacka, jak wszystkie katastrofy, i wszystko wskazuje na to, że od teraz mają już przechlapane na długie lata. Co najgorsze, zagrożenie nadeszło od znajomych. Z drugiej strony – od kogo niby miało nadejść? Największe życiowe komplikacje rzadko przecież przychodzą anonimowo.
Zapewne zastanawiacie się, o czym mowa, więc już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż w tym tygodniu uczestniczyliśmy w pierwszej prawdziwej, oficjalnej, proszonej imprezie urodzinowej. Mój najlepszy kolega z podwórka, Maciek B., zaprosił nas na swoje urodziny organizowane w małpim gaju w Blue City. Dla mnie – wydarzenie sezonu. Dla Stwórców – początek końca. Od dawna trzymali twardą linię, niczym Gomułka w swoich bardziej stanowczych czasach, polegającą na ignorowaniu idei dziecięcych urodzin organizowanych z rozmachem większym niż obiad dla najbliższej rodziny. Żadnych sal zabaw, żadnych animatorów, żadnych dmuchańców, żadnych dziecięcych eventów przypominających małe kongresy branżowe. Uparci w tym byli niczym PiS w wybieraniu Beaty S. na ważne stanowiska unijne. Problem pojawił się w momencie, gdy teoria zderzyła się z praktyką, czyli gdy w zeszłym tygodniu otrzymali oficjalne zaproszenie od naszych sąsiadów z podwórka. Papierowe. Formalne. Nie do zignorowania bez ryzyka dyplomatycznego incydentu. Miny im wyraźnie zrzędły. Zdali sobie sprawę, że oto przekroczona została pewna granica. Cienka czerwona linia, zza której nie ma już odwrotu. Raz pójdziesz na jedne dziecięce urodziny, a potem uruchamia się efekt domina: kolejne zaproszenia, kolejne prezenty, kolejne dylematy logistyczne, kolejne soboty oddane branży eventowej dla przedszkolaków. Wracając jednak do meritum – zabawa była znakomita. Inca Play okazało się miejscem wręcz idealnym na tego typu wydarzenia. Trzy godziny biegania, wspinania się, zjeżdżania, skakania, przeciskania przez tunele i widowiskowego spadania z różnych konstrukcji sprawiły, że poziom mojego szczęścia osiągnął wartości trudne do zmierzenia tradycyjnymi metodami. Do tego tort, frytki i słodkie napoje. Krótko mówiąc: dziecięcy raj. Miejsce, w którym człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego postęp cywilizacyjny jednak ma sens.
Naturalną konsekwencją tego doświadczenia było więc moje wieczorne oświadczenie, że własne urodziny również chcę wyprawić właśnie tam. Bez dyskusji, bez negocjacji, bez miejsca na kompromis. Kiedy Stwórcy zapytali, czy nie wolę jednak wcześniejszych urodzin na Mazurach w sierpniu – przy okazji pobytu kuzynów z Anglii – odpowiedziałem z pełnym przekonaniem, że wolę tam, gdzie Maciek. I że chcę zaprosić możliwie jak najwięcej kolegów i koleżanek, bo – co wydaje się argumentem absolutnie niepodważalnym – wtedy dostanę dużo prezentów. Logika bezbłędna. Ekonomia prezentowa na poziomie, którego nie powstydziłby się nawet Warren Buffet.
Stwórcy są więc obecnie targani klasycznym konfliktem wewnętrznym. Z jednej strony wieloletnie przekonania, konsekwentnie pielęgnowane niczym domowy budżet w czasach inflacji – że dziecięce urodziny powinny być kameralne, spokojne i pozbawione nadmiernego blichtru. Z drugiej strony bezlitosna rzeczywistość życia społecznego przedszkolaka, która działa według własnych praw i niespecjalnie przejmuje się rodzicielskimi ideałami. Wygląda więc na to, że wkroczyliśmy w nową erę. Erę zorganizowanych dziecięcych urodzin. A jak wiadomo – nie ma nic droższego, głośniejszego i bardziej nieuniknionego.
