28 views 6 mins 0 comments

WEEKENDY W MIEŚCIE I W TERENIE.

In 2019
10 lipca, 2019

Przez cały czerwiec i początek lipca pogoda była fantastyczna. Nawet Egipt może się schować. I to nie jest metafora rzucona na wyrost, tylko stwierdzenie jak się rzeczy miały. Temperatury regularnie przekraczały trzydzieści stopni, słońce świeciło z uporem godnym urzędnika skarbowego, a ciepło utrzymywało się od rana do wieczora bez najmniejszych oznak litości. 

Dla dzieci to oczywiście raj. Niekończące się lato, podwórko, rowery, bieganie i generalnie wszystko to, co sprawia, że mały człowiek uważa życie za wyjątkowo udane. Dla Matki natomiast sytuacja zaczynała już przypominać piekło. O ile bowiem dzieci w upale zyskują dodatkowe pokłady energii, o tyle dorośli zazwyczaj mają tendencję do powolnego topnienia i rozważania emigracji do chłodniejszych stref klimatycznych. My jednak nie narzekaliśmy, ani trochę, wręcz przeciwnie – skoro pogoda dopisywała, to i Stwórcom znacznie łatwiej przychodziło opuszczanie czterech ścian. Korzystaliśmy więc z atrakcji miasta oraz wszystkich możliwych okazji do spacerów, wycieczek i szeroko pojętego przemieszczania się. Oczywiście pod warunkiem, że Ojciec akurat nie musiał jechać na weekend do Lublina popracować, co ostatnio zdarzało mu się z niepokojąco wysoką częstotliwością. W takich sytuacjach zawsze pozostawała klasyczna alternatywa: pakowanie się we trójkę do auta i w długą na Mazury. 

Ostatni weekend spędziliśmy jednak wyjątkowo w Warszawie i zorganizowano nam wycieczkę z rowerami do centrum.Pech chciał, że akurat tego dnia pogoda postanowiła zrobić sobie chwilową przerwę od ideału. Nim dojechaliśmy do stacji, całe moje i Brunowe plecy były już dokładnie opryskane błotem. Matka była „zachwycona”. To doświadczenie powinno, moim zdaniem, skłonić Stwórców do refleksji nad koniecznością zakupu błotników. Technologia ta istnieje przecież nie bez powodu. Do centrum dojechaliśmy WKD-ką, po czym Stwórcy wypożyczyli rowery. Mieliśmy obiecaną czekoladę do wypicia, a dodatkowo wypadały Matki imieniny. Ruszyliśmy więc w kierunku Placu Piłsudskiego i po mniej więcej godzinie – co pokazuje, że z dziećmi nawet krótka trasa potrafi zamienić się w mikroekspedycję – dotarliśmy do Cafe Nero. Zamiast jednak spokojnie usiąść w środku i celebrować chwilę, ja z Brunem zaczęliśmy jeździć rowerami wokół fontanny. Po mokrej nawierzchni. To oczywiście mogło skończyć się tylko w jeden sposób: jeszcze bardziej mokrymi i jeszcze bardziej brudnymi plecami, spodenkami i resztą rzeczy. Po kilku minutach oraz wielu wysiłkach natury perswazyjno-siłowej, Ojciec zaciągnął nas w końcu do środka. Tam udało nam się skonsumować trochę ciasteczek, popijając je gorącą czekoladą, która była głównym punktem programu i jedynym elementem, którego realizacja przebiegła względnie zgodnie z planem. Stwórcy wypili po kawie i uznali, że zrobiło się już późno, a Bruno zbliża się niebezpiecznie do granicy wytrzymałości, za którą zaczyna się kraina zmęczenia, płaczu i awantur. Trzeba więc było wracać do domu na drzemkę. Droga powrotna prowadziła przez Park Saski, co natychmiast podniosło poziom atrakcyjności. Ścigaliśmy się z hulajnogami elektrycznymi, zrobiliśmy kilka okrążeń wokół fontanny i generalnie staraliśmy się wykorzystać maksimum energii, której – ku rozpaczy dorosłych – nadal mieliśmy zdecydowanie za dużo. Z drugiej strony ciasteczka plus czekolada, to czego się spodziewać? Po wyjściu z parku naszym oczom ukazał się rząd zaparkowanych hulajnóg elektrycznych. W tym momencie Ojcu wpadł do głowy pomysł, który w teorii miał przyspieszyć podróż. Jak większość pomysłów określanych mianem genialnych, ten również okazał się mieć pewne wady praktyczne. Podróż nie tylko się nie skróciła, ale wręcz się wydłużyła. Hulajnogi stały się bowiem atrakcją samą w sobie. Jeździliśmy więc raz z Ojcem, raz z Matką, tam i z powrotem, kompletnie zapominając o naszym celu – stacji WKD. 

W końcu jednak udało nam się dotrzeć na dworzec. Stamtąd już zgodnie z planem pojechaliśmy do domu, gdzie Bruno mógł wreszcie udać się na zasłużoną drzemkę, a reszta rodziny na chwilę odzyskać względny spokój.

Visited 1 times, 1 visit(s) today