28 views 8 mins 0 comments

BIZNESMENI.

In 2019
03 kwietnia, 2019

Po przesłuchaniu jednej z książek, w której autor nawiązywał do swojego dzieciństwa i opowiadał, jak to jego ojciec zawsze i wszędzie zabierał go ze sobą, mój Ojciec doznał czegoś na kształt rodzicielskiego objawienia. Skoro tamten ojciec mógł, to dlaczego nie on? Skoro wspólne wyjazdy budują charakter, relację i piękne wspomnienia, to najwyraźniej nadszedł czas wdrożenia podobnej strategii na naszym gruncie. Tak oto narodził się nowy projekt pod roboczą nazwą: „syn jako towarzysz służbowych eskapad”.

Na pierwszy ogień poszły Targi Metalowe w Kielcach. Już sama nazwa brzmi wystarczająco poważnie, industrialnie i nieco groźnie, żeby czterolatek mógł poczuć, że uczestniczy w czymś naprawdę istotnym. Co prawda drobnym drukiem gdzieś zapisano, że wejście dozwolone jest od trzynastego roku życia, ale umówmy się – drobny druk istnieje głównie po to, żeby go ignorować. Zwłaszcza jeśli ma się świeżo narodzony pomysł i entuzjazm człowieka przekonanego, że właśnie odkrył nowy model ojcostwa. Ruszyliśmy więc rankiem do Kielc. Po drodze, zgodnie z odwieczną tradycją podróży samochodowych, zahaczyliśmy o McDonald’s. I tutaj warto zaznaczyć, że dla mnie był to bezsprzecznie najmocniejszy punkt programu. Targi metalowe, hale wystawowe, maszyny przemysłowe i biznesowe networkingi to wszystko bardzo dobrze, ale frytki i zabawka z Happy Meal są jednak rzeczą bardzo trudną do przebicia.

Po dotarciu na miejsce okazało się, że zainteresowanie targami jest ogromne. Tyle ludzi, że nie było gdzie zaparkować. Sam fakt, że wydarzenie poświęcone metalowi przyciąga takie tłumy, był dla mnie wtedy odkryciem niemal na poziomie objawienia (dla Ojca zresztą też). Na szczęście udało nam się znaleźć jakąś zatoczkę przy drodze, co w targowych realiach parkingowych jest sukcesem porównywalnym z wygraniem loterii. Po chwili ruszyliśmy odebrać bilety. I tutaj pojawiła się pierwsza przeszkoda natury formalnej. Pani drukująca wejściówki poinformowała nas z uprzejmym, lecz stanowczym profesjonalizmem, że taki mały jegomość jak ja na targi wejść nie może. Informacja ta nie zrobiła jednak na nas większego wrażenia. Była raczej traktowana jako sugestia niż wiążąca decyzja. Udaliśmy się więc w stronę bramek i, korzystając z przewagi zaskoczenia, szybko przez nie czmychnęliśmy. Następnie, jeszcze szybciej – niemal biegiem – skierowaliśmy się ku pierwszej hali, jak komandosi wykonujący operację specjalną. Początek zwiedzania nie należał dla mnie do najłatwiejszych. Targi były głośne, ludzi było mnóstwo, przestrzeń ogromna, a atmosfera przypominała trochę lotnisko połączone z fabryką i koncertem techno. Nie byłem zachwycony. Dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że każde odwiedzane przez nas stoisko wiąże się z potencjalnym zyskiem materialnym. Na każdym dawano mi jakieś upominki. Drobiazgi, gadżety, katalogi, długopisy, smycze, a czasem coś jeszcze ciekawszego. I wtedy targi nabrały zupełnie nowych kolorów. Nagle okazało się, że ten cały przemysł ma sens. Zwiedziliśmy wszystkie hale chyba po dwa razy, po drodze konsumując dziesiątki krówek – bo polskie targi bez krówek to jak wesele bez rosołu – oraz systematycznie zapełniając torbę kolejnymi zdobyczami. Po zakończeniu zwiedzania udaliśmy się na obiad. Trafiliśmy do Pizza Hut, gdzie pizza smakowała mi tak dobrze, jak chyba nigdy wcześniej. Być może był to efekt intensywnego dnia, być może magia wyjazdu służbowego, a być może po prostu dziecięcy organizm działa według zasady, że jedzenie poza domem zawsze smakuje lepiej. Najedzony, napojony pysznym sokiem jabłkowym i wyposażony w pokaźny zestaw targowych zdobyczy, usadowiłem się w foteliku i po kilku minutach odpłynąłem, podczas gdy mój kierowca dzielnie ruszył w drogę powrotną.

Tydzień później przyszła pora na kolejne targi. Tym razem – i tutaj scenarzysta rodzinnego życia wyraźnie postanowił zaszaleć – były to targi więziennictwa w Lublinie. Ze wszystkich możliwych wydarzeń na świecie akurat to. Nie targi zabawek, nie motoryzacyjne, nawet nie lotnicze. Więziennictwo. Brzmi to jak miejsce, w którym czterolatek raczej nie powinien spędzać wolnego czasu, ale najwyraźniej projekt „zabieram syna wszędzie” nie znał granic branżowych. Na tę okazję wystroiłem się odpowiednio. Jeansy, koszula i sweterek – pełna wersja mini business casual, praktycznie mały klon Ojca. Droga przebiegała klasycznie, łącznie z obowiązkowym McDonald’sem, nawet tym samym co poprzednio. Na miejscu Ojciec czuł się dość nieswojo. Wszędzie sami mundurowi, psy służbowe, funkcjonariusze więzienni, żołnierze i Bóg jeden raczy wiedzieć, kto jeszcze. Atmosfera była nieco bardziej napięta niż na targach metalowych. Ja natomiast odnalazłem swoją niszę. Przez chwilę potrzymałem wielką giwerę, co niewątpliwie podniosło atrakcyjność wydarzenia w moich oczach. Poza tym – szczerze mówiąc – niewiele mnie tam interesowało. No, może poza tradycyjnymi już krówkami i prezentami, bo i tutaj organizatorzy nie zawiedli. Całe targi okazały się zresztą zaskakująco niewielkie. Obeszliśmy je chyba trzy razy w ciągu pół godziny, co przy moim tempie eksploracji i skłonności do zatrzymywania się przy wszystkim było wynikiem imponującym. Gdy powoli zbieraliśmy się już do wyjścia, zaatakował nas jakiś ważny pan w garniturze. W jego tonie było coś z człowieka, który właśnie odkrył naruszenie procedur i koniecznie musiał to naprawić. Oświadczył, że dziecko nie może tutaj przebywać. Powodów sensownych nie podał, ale najwyraźniej samą moją obecność między eksponatami więziennictwa uznał za zbyt śmiałą interpretację regulaminu. Ojciec nie zamierzał wdawać się w polemikę. I tak już wychodziliśmy, więc nie było sensu tracić energii na spór ideologiczny o granice uczestnictwa czterolatków w wydarzeniach targowych. Opuściliśmy więc teren z godnością i pokaźnym zbiorem upominków.

Czy nauka pójdzie w las i czy Ojciec wyciągnie z tych dwóch wyjazdów jakieś wnioski – tego nie wiem. Znam go jednak na tyle, by podejrzewać, że niekoniecznie. Wiem natomiast jedno: takie wyjazdy są świetne. Szczególnie wtedy, gdy po drodze jest McDonald’s, a w zestawie trafiają się naprawdę dobre zabawki. Już nie mogę się doczekać następnego służbowego tournée.

Visited 1 times, 1 visit(s) today