Tym razem znowu ja. I jak to zwykle bywa w takich historiach, wszystko zaczęło się absolutnie niewinnie. Wręcz banalnie. Tak banalnie, że gdyby to był film, reżyser zostałby skrytykowany za brak wyobraźni. W piątek wieczorem użarł mnie jakiś robal na podwórku. Bez fanfar, bez dramatyzmu, bez ostrzeżeń. Po prostu bach – natura uznała, że moje życie jest zbyt nudne i postanowiła wbić w nie swoje żądło. Przez chwilę swędziało, ale zignorowałem to z godnością człowieka, który uważa się za niezniszczalnego tylko dlatego, że pięć minut wcześniej biegał bez zadyszki. Byłem młody, byłem silny, byłem panem swojego losu. Co mógł mi zrobić jeden owad?
W sobotę byłem już jednak jakiś słabszy. Taki… niewyraźny. Jak stacja radiowa, która gubi zasięg dokładnie wtedy, kiedy leci dobra piosenka. Stwórcy nie wpadli w panikę — doświadczenie nauczyło ich, że dzieci regularnie wyglądają jakby były chore na wszystko naraz, a następnego dnia wstają jak nowo narodzone. Padło więc klasyczne: „pewnie jakieś przeziębienie”. Diagnoza godna doktora House’a, gdyby pił melisę zamiast łykać opiaty. Dlatego w niedzielę, mimo że dalej nie wyglądałem jak okaz zdrowia, pojechałem z Ojcem dokończyć remont na Elektoralnej. Bo przecież co może pójść nie tak. Zrobiliśmy zakupy w Castoramie, a następnie zahaczyliśmy o nasz stary Lidl, gdzie kupiliśmy drożdżówki na drugie śniadanie, bo tradycja to tradycja, a remont bez drożdżówki się nie liczy. Po jedynych dwóch godzinach od wyjazdu zameldowaliśmy się w mieszkaniu. Ja latałem z młotkiem jak szalony, a Ojciec zabrał się za sprzątanie, czyli tę część remontu, która polega na przenoszeniu brudu z jednego miejsca w drugie. Nie popracowaliśmy jednak długo, bo zgłodniałem. Zjadłem więc drugie śniadanie, a korzystając z przerwy, pojechaliśmy jeszcze do Leroy’a po kolejne „niezbędne” drobiazgi. Wszystko nadal wyglądało zupełnie normalnie. Nawet optymistycznie, bo po powrocie naprawdę wzięliśmy się ostro do roboty. Szło nam znakomicie, szczególnie że niedługo później przyjechała wykwalifikowana pomoc w pełnej gotowości bojowej — Matka i Bruno. Wydawało się, że wszystko zmierza ku szczęśliwemu finałowi. Remont się domykał, morale rosło, plan działał. I wtedy Matka spojrzała na moją ranę… Oznajmiła, że jej się nie podoba i wysłała mnie z Ojcem do apteki po jakieś leki antyalergiczne. Brzmiało rozsądnie. I nadal całkiem niewinnie. Pani aptekarka jednak zamiast leków zaproponowała coś znacznie ciekawszego: wizytę u lekarza. Bo jej to wyglądało na ugryzienie kleszcza. I w tym momencie remont oficjalnie się zakończył.
Zapakowaliśmy się do samochodu, odwieźliśmy Matkę i Bruna do domu, po czym ruszyliśmy do mojego „ulubionego” szpitala na Trojdena. Tam dość szybko trafiliśmy za parawan — miejsce, w którym zawsze dowiadujesz się rzeczy, których wolałbyś nie wiedzieć. Lekarz dyżurny, po krótkich oględzinach, z miną człowieka, który widział już wszystko, ale i tak nie chce brać za to odpowiedzialności, odesłał nas na Wolską, do Szpitala Chorób Zakaźnych. Tam trafiliśmy na bardzo miłą panią doktor, która była wyraźnie zdziwiona dwoma rzeczami: po pierwsze, że w ogóle nas tu odesłano, a po drugie — i to zdziwiło ją jeszcze bardziej — że nie mieliśmy żadnego skierowania. Na szczęście pani doktor postanowiła nas nie wyrzucać. Zadała kilka pytań, zajrzała mi w gardło – i tutaj zrobiła tę charakterystyczną minę lekarzy, którzy właśnie zobaczyli coś, co nie powinno tam być. Po chwili oznajmiła, że ugryzienie to drobnostka. Mały pikuś. Natomiast martwi ją moje gardło i węzły chłonne. I tak oto dowiedzieliśmy się, że mam podejrzenie mononukleozy. Chwilę później padło zdanie, które zmienia bieg każdej historii: „Powinien zostać w szpitalu”. Ojciec chwilę się zastanawiał, po czym podjął decyzję o przyjęciu. I tak ze spokojnej niedzieli, remontu i drożdżówek, zrobił się tygodniowy pobyt w szpitalu. Dostałem antybiotyk dożylny, probiotyk, przeciwgorączkowy, coś na ugryzienia i jeszcze kilka specyfików, których nazw nie jestem w stanie wymówić, a tym bardziej zapamiętać. Do tego USG, RTG, badania krwi, moczu, toksoplazmoza i wszystko inne, co dało się sprawdzić bez ingerencji NASA. I wiecie co? Poza koniecznością instalacji wenflonu i regularnego pobierania krwi, pobyt całkiem mi się podobał. W ciągu dnia praktycznie bez przerwy oglądałem bajki na tablecie, a wieczorami urządzałem wyścigi na rozłożonym materacu Ojca, który stał się torem wyścigowym, placem zabaw i centrum dowodzenia w jednym. Tydzień minął jak mrugnięcie oka. Badania nie wykazały niczego, co mogłoby zrujnować mi przyszłość, więc w poniedziałek, po obchodzie, odzyskałem wolność. Wróciłem do domu bogatszy o doświadczenia, uboższy o kilka mililitrów krwi i z nowym przekonaniem: nawet najbardziej niewinna historia może skończyć się na oddziale zakaźnym. I to jest w życiu najbardziej przerażające, a zarazem… całkiem zabawne.
