16 views 5 mins 0 comments

MUSTANG.

In 2018
22 kwietnia, 2018

Niespodzianki są z definicji podejrzane. Zwłaszcza wtedy, gdy Stwórcy zapowiadają je już w połowie tygodnia, a następnie przez kilka dni konsekwentnie odmawiają jakichkolwiek szczegółów. Jakby byli agentami CIA wysokiego szczebla, którzy właśnie odkryli spisek na życie prezydenta, ale nie mogą o nim pisnąć ani słowa, bo ja – we własnej osobie – stanowię bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. „W weekend będzie niespodzianka” – powiedzieli tonem ludzi, którzy właśnie zamknęli sejf i połknęli klucz. I tyle. Ani słowa więcej.

Przez kolejne dni prowadziłem więc intensywne śledztwo. Zadawałem pytania różnego kalibru: od subtelnych („A daleko?”), przez podchwytliwe („Czy niespodzianka ma koła?”), aż po frontalne („MÓWCIE MI NATYCHMIAST, BO NIE RĘCZĘ ZA SIEBIE!!!”). Łącznie padło jakieś trzysta pięćdziesiąt siedem tego typu pytań. Nikt ich oczywiście nie liczył, ale ta liczba brzmi odpowiednio dramatycznie, by oddać skalę mojego zaangażowania. Efekt? Żaden. Zero absolutne. Oficjalna linia brzmiała: pojedziemy pod Pałac Kultury i będą lody. Sounds like a solid plan, pomyślałem. Pałac Kultury już znam, lody lubię, więc bilans wyglądał na dodatni.

W sobotę, z samego rana — czyli mniej więcej w okolicach południa — ruszyliśmy całą gromadą w składzie 2+2 w kierunku stacji kolejowej. Podróż przebiegła spokojnie, nikt nie uciekł, nikt nie krzyczał bardziej niż zwykle, co już samo w sobie było pewnym sukcesem. Po dotarciu pod Pałac Kultury okazało się jednak, że coś tu się nie zgadza. Przede wszystkim: hałas. I samochody. Bardzo dużo samochodów. Dziesiątki, a może setki Mustangów stały zaparkowane wokół, jakby umówili się tu wszyscy naraz — nowe, stare, błyszczące, zmęczone życiem, przyjechały z różnych zakątków Europy na X Zlot Mustangów. Wiele z nich miało odpalone silniki, a hałas był taki, jakby ktoś próbował zagłuszyć start promu kosmicznego playlistą AC/DC puszczoną na maksymalnej głośności. Moja reakcja była więc zupełnie naturalna i zgodna z instynktem samozachowawczym: nie spodobało mi się to absolutnie wcale i chciałem się jak najszybciej ewakuować. Po chwili, gdy już odległość między mną a epicentrum hałasu wydawała się bezpieczna, z wyraźną nutą rozczarowania w głosie, zapytałem, co z tą niespodzianką. Gdy usłyszałem, że to są właśnie Mustangi, nastąpił moment stanowczego sprzeciwu. Oświadczyłem, że Mustangi to nie jest żadna niespodzianka, natomiast lody — owszem, jak najbardziej. Sprawa była jasna, logiczna i niepodlegająca dalszym negocjacjom. Poszliśmy więc na lody. I wtedy wydarzyło się coś, co całkowicie zmieniło narrację. Zobaczyłem Go. Był czerwony i wyglądał tak, jakby właśnie zjechał z ekranu kinowego wprost do mojego życia. Mustang McQueen. Albo Zygzak Mustang. Brakowało mu tylko oczu, ale te — jak się okazało — miał je Mustang stojący obok. Ojciec szybko wyjaśnił, że pewnie pożyczył je na chwilę. Udałem, że uwierzyłem, bo czasem w życiu są rzeczy, które lepiej po prostu przyjąć i cieszyć się nimi bez zbędnych pytań. I tak oto zlot Mustangów, jeszcze przed chwilą będący źródłem stresu i hałasu, stał się wydarzeniem niemal epokowym. Stałem przed połączeniem dwóch światów: mojego ulubionego bohatera i mojego ulubionego samochodu. Pozowałem do zdjęć, chłonąłem widok, a w głowie układałem sobie tę historię tak, żeby wszystko miało sens. 

Po dłuższej chwili ruszyliśmy w końcu na Chmielną. Każdy dostał po jednej gałce lodów, co było rozwiązaniem sprawiedliwym, choć zdecydowanie niewystarczającym. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o Cafe Nero, gdzie Stwórcy skonsumowali kawkę z minami ludzi, którzy odnieśli sukces wychowawczy, ja z Bratem soczek, owoce i orzeszki. A potem wróciliśmy. Do Mustangów. Do hałasu. Do Mustanga McQueena. I nagle okazało się, że niespodzianka jednak była całkiem udana.

Visited 1 times, 1 visit(s) today