22 views 6 mins 0 comments

SYLWESTER 2018.

In 2018
02 stycznia, 2018

Grudzień w Warszawie to miesiąc, kiedy niebo wygląda jak nadąsany nastolatek i ma w zasadzie jeden kolor: szary w odcieniu “egzystencjalny kryzys”. I właśnie w jeden z takich grudniowych wieczorów Matka wybrała się na babski wieczór z koleżankami z osiedla. Spotkanie miało charakter rytualny – trochę terapeutyczny, trochę konspiracyjny – bo matki małych dzieci spotykają się nie po to, żeby się bawić, tylko żeby potwierdzić, że inne też ledwo dają radę. W każdym razie podczas tego wieczoru zostaliśmy zaproszeni na imprezę sylwestrową do Moniki, mamy Witka i Janka. 

Po oznajmieniu tych nowin pozostałym członkom naszej rodziny (czytaj: chłopakom), Ojciec zrobił tę swoją minę człowieka, który analizuje logistykę lądowania na Księżycu, po czym oznajmił, że może jednak lepiej byłoby zrobić Sylwestra u nas. Mamy dwie sypialnie więc w jednej spałyby starsze dzieci, w drugiej młodsze, a w salonie była by impreza. Plan miał sens. A kiedy plan ma sens, należy działać szybko, zanim rzeczywistość zdąży się zorientować. W ruch poszła komórka, kilka wiadomości, kilka telefonów i zanim ktokolwiek zdążył wypowiedzieć magiczne słowa „czy to na pewno dobry pomysł”, oficjalnie zostaliśmy gospodarzami imprezy sylwestrowej. Warunek był tylko jeden – wszyscy powinni być zdrowi. Przy piątce małych dzieci i szóstce dorosłych wydawało się równie prawdopodobne, jak osiągnięcie pokoju na Bliskim Wschodzie, odnalezienie sensu życia w grudniowy poniedziałek albo wygranie Ligi Mistrzów z Lechem Poznań. Pisałem już wcześniej, że przez całe Święta tylko Matka nie chorowała – co czyniło ją kimś w rodzaju zwycięzcy survivor reality show zatytułowanego “Święta 2018: Przeżyje tylko Zdrowa”. Chorobom chłopaków nie pomógł nawet koniec Świąt, więc po powrocie do Warszawy nic nie zapowiadało, że uda się imprezę zorganizować. Na wszelki wypadek Matka wysłała do uczestników zawiadomienie, że nie jest dobrze i że impreza może zostać odwołana, ale nikogo to nie zniechęciło. To była ta szczególna, desperacka solidarność rodziców małych dzieci – ludzi, którzy tak rzadko widują innych dorosłych, że są gotowi zaryzykować lekką gorączkę, kaszel i katar, byle tylko przez kilka godzin porozmawiać z kimś, kto rozumie ich żarty. Wszyscy stwierdzili, że „zobaczymy jaka będzie sytuacja w niedzielę i wtedy podejmiemy decyzję”. I tak właśnie się stało. Okazało się, że nie jest nagorzej – a że standardem jest “katastrofa”, więc “nie nagorzej” znaczyło mniej więcej “tylko dwoje dzieci kaszle, a jedno ma lekką gorączkę”. Impreza dostała zielone światło, a Stwórcy zaczęli gorączkowe przygotowania.

Ze względu na wybitne umiejętności kulinarne Stwórców, przy których Jamie Oliver i Gordon Ramsey to leszcze – i mówię to z pełnym szacunkiem do leszczy – oraz ich szczególnej i wiecznie niezaspokojonej chęci do pracy w kuchni (ironia tak gruba, że można by nią posmarować kanapki), zdecydowali się na przygotowanie przekąsek zimnych i zakup alkoholu. Resztą mieli zająć się inni. I jak się okazało, wcale źle nie wyszło, wręcz przeciwnie! Impreza się udała i to bardzo, szczególnie dla małolatów, którzy mają zero doświadczenia z innymi imprezami sylwestrowymi, więc każda z definicji jest najlepszą w ich życiu. Oczywiście nie obyło się bez delikatnych popchnięć, uszczypnięć, wyrywań zabawek (klasyk gatunku) i regularnego płaczu coraz to innego członka młodszych uczestników imprezy. Ale był to płacz rotacyjny – jakbyśmy mieli system zmianowy, w którym każde dziecko miało przydzielony konkretny przedział czasowy na rozpacz. Podsumowując, bawiliśmy się wyśmienicie. “Wyśmienicie” to oczywiście słowo, którego używa się, kiedy było OK, ale spodziewało się katastrofy.

Gdy impreza zmierzała ku końcowi (przynajmniej dla nas), najpierw spać poszły młodsze dzieci, później te starsze (czyli ja i Witek). Zasypianie jednym poszło szybciej, innym trochę wolniej, a gdy końcu i ja zasnąłem, to dziesięć minut później obudziła się Lenka, która stwierdziła, że się wyspała. Po trzydziestu minutach. Do podobnych konkluzji doszedł również Janek i Bruno, jakby wszyscy troje należeli do tajnego stowarzyszenia dzieci, które synchronizują swoje przebudzenia, żeby nie dać spokoju rodzicom.  W efekcie Stwórcom i ich gościom nie dane było naprawdę się odprężyć. Ale kto by się tym przejmował. Najważniejsze, że dzieci się spotkały, fajerwerki obejrzały i Nowy Rok przywitały. A to – w świecie małych ludzi i bardzo zmęczonych dorosłych – jest definicją sukcesu.

Visited 1 times, 1 visit(s) today