Właśnie minął rok od moich narodzin, co w praktyce oznaczało koniec domowej sielanki i powrót Matki do realnego świata dorosłych obowiązków (czytaj praca). Innymi słowy – potrzebna była niania, rozpoczęły się więc wielkie poszukiwania. To jak szukanie mieszkania w Londynie: desperacja miesza się z nierealnie wysokimi wymaganiami i budżetem, który sprawia, że rozważasz opcje, na które normalnie nawet byś nie spojrzał.
Na początek rolę przejęła Babcia Tereska, co było idealnym rozwiązaniem – jeśli nie liczyć faktu, że była to opcja tak tymczasowa, jak słoneczna pogoda w Szkocji. Zero stresu, zero fochów, pełen serwis i jeszcze bonus w postaci nieograniczonej cierpliwości. Niestety, jak to w życiu, najlepsze opcje trwają najkrócej. Dlatego Stwórcy ruszyli na poważne poszukiwania, a Ojciec – człowiek, który traktuje internet jak narzędzie rozwiązywania wszystkich problemów życiowych – zarejestrował się w odpowiednim portalu. Osiemdziesiąt złotych miesięcznie za dostęp. – “To jest biznes!” – wykrzyknął z entuzjazmem kogoś, kto właśnie odkrył, że można płacić za możliwość płacenia komuś innemu. Wystawił ogłoszenie i zaczęła się parada kandydatek. Było wszystko: roztrzepane nastolatki, które nie wiedziałyby co zrobić w kryzysie, starsze panie, które chciałyby na mnie wypróbować swoje nigdy niezrealizowane pomysły wychowawcze, oraz cały przekrój mniej lub bardziej egzotycznych osobowości. Od kompletnych niemot komunikujących się wyłącznie gestykulacją, po lokalne gwiazdeczki przekonane, że opieka nad dzieckiem to ich droga do kariery… Do etapu „testów z żywym organizmem”, czyli ze mną, dotarły dwie. Pierwsza odpadła po niecałych dwóch godzinach, bo jedynym dźwiękiem, jaki potrafiła z siebie wydobyć, było przeciągłe i dramatyczne „haaaaalloooooo” – co brzmiało jak Adele po przedawkowaniu środków uspokajających. Serio, można było dostać migreny. Druga wypadła o wiele lepiej i została zatrudniona, głównie dlatego że: a) natychmiast ją polubiłem (co w świecie jednorocznego dziecka oznacza, że nie płakałem na jej widok), b) czas naglił bardziej niż termin składania zeznań podatkowych, i c) alternatywą było zostanie z kimś, kto komunikuje się wyłącznie przez przeciąganie samogłosek. Natychmiast też zaczęło się wdrożenie. Oczywiście Stwórcy nie zamierzali zostawić sprawy przypadkowi. Proces wdrażania przypominał procedury bezpieczeństwa w firmie produkującej sekretne formuły Coca-Coli. Na początku stały nadzór co najmniej jednego ze Stwórców, potem stopniowe zwiększanie samodzielności – ale zawsze pod czujnym okiem. Któryś ze Stwórców regularnie zakrada się w pobliże placu zabaw, jak prywatny detektyw w kiepskim filmie akcji, sprawdzając zachowanie niani z ukrycia, żeby później “przypadkowo” się ujawnić. Do tego w domu czekają na instalację dwie kamery. Normalnie, Big Brother miałby się czego uczyć.
Ale wracając do sedna – generalnie niania jest w porządku. Zdążyłem się już do niej przyzwyczaić i przestałem dramatycznie rozpaczać, gdy w pobliżu nie ma żadnego ze Stwórców. To jak z nowymi butami: na początku uwierają, ale z czasem się przyzwyczajasz i przestajesz myśleć o tym, że to nie twoje stare, wypróbowane i te nie do zastąpienia. Bardzo pomaga fakt, że codziennie chodzimy na długie spacery i okupujemy place zabaw, a piękna, złota jesień wyjątkowo nam sprzyja. Temperatury powyżej piętnastu stopni, słońce prawie jak w lipcu — idealnie. Kontrole z ukrycia też nie wykazały żadnych rażących uchybień, więc zanosi się na to, że wkrótce zostanę oficjalnie dzieckiem „nianiowym” na pełny etat. I w sumie to chyba dobrze, bo kiedy w domu czai się któryś ze Stwórców, to całą swoją uwagę skupiam na nim, a nie na niani, co trochę utrudnia jej proces „oswajania mnie”. Mam więc nadzieję, że sprawa zakończy się happy endem i zostanie z nami na dłużej. Dzięki temu nie tylko nie trzeba będzie przechodzić całego cyrku rekrutacyjnego od nowa, ale i ja spokojnie będę mógł kontynuować mój najważniejszy projekt: owijanie niani wokół małego paluszka.
