Nie minął nawet rok, a ja już śmigam jak normalny człowiek, na dwóch nogach, a nie jakaś istota małpo-rako-podobna. Ostatnie tygodnie były pełne ćwiczeń w tym zakresie i jak widać ciężka praca przyniosła pożądane efekty. To trochę jak z tymi fitness influencerami, tyle że bez suplementów, sterydów i udawania, że wszystko dzieje się w dwa dni.
Chodzenie na czworaka opanowałem tak dobrze, że w zasadzie mógłbym bez problemu wystartować na olimpiadzie w Rio i na pewno nie było by wstydu. Założywszy oczywiście, że komitet olimpijski w przypływie szaleństwa zdecydowałby się wprowadzić kategorię “raczkowanie freestyle” między pływaniem a gimnastyką artystyczną. Byłbym murowanym faworytem do złota, prawdopodobnie z rekordowym czasem i techniką na poziomie mistrzów świata. Jednak każda, nawet najlepsza rozrywka, kiedyś się nudzi (jak ulubiona piosenka słuchana w pętli przez sześć godzin). Postanowiłem więc zmienić kategorię wagową i wejść w tryb „dwunożny”. Na początku ciężko było złapać równowagę. Grawitacja ewidentnie się na mnie uwzięła. Zachowywała się jak ten irytujący kolega, który zawsze musi mieć ostatnie słowo i byłem już bliski zadzwonienia do Newtona z reklamacją. Niestety, okazało się, że facet nie żyje – i to od prawie trzech wieków. Zacisnąłem więc zęby (te nieliczne, które już miałem), przyjąłem na klatę fakt, że przyciąganie ziemskie to nie żart, i ćwiczyłem dalej z determinacją Rocky’ego Balboa przygotowującego się do walki z Ivanem Drago, tylko że zamiast schodów w Filadelfii miałem salon i zamiast “Eye of the Tiger” słuchałem głównie własnego płaczu.
Po kilku dniach drżącego balansowania, w końcu przyszedł czas na prawdziwe wejście smoka: pierwszy krok. Potem drugi. Czasami nawet trzeci, choć najczęściej kończyło się widowiskowym, twardym lądowaniem. Na szczęście pielucha działała jak pneumatyczne zawieszenie starych Citroenów — a im bardziej była napompowana płynami, tym lepszą miała amortyzację. Dzięki temu kolejne kraksy brałem na klatę… to znaczy na pupę. Dlatego też nie zrażałem się potknięciami czy twardymi lądowaniami i jak prawdziwy przecinak – bohater, którego imienia nie można wypowiedzieć, ale którego determinacji można pozazdrościć – szedłem dalej. Przez następne dni wyglądało to trochę jak choreografia nowoczesnego tańca: dwa kroki w przód, jeden w bok, trzy do tyłu, obrót i leżenie plackiem. Aż wreszcie przełom. Po powrocie do Warszawy trafiłem na plac zabaw z magicznym podłożem. Coś między perskim dywanem a papierem ściernym — idealne. Moje stopy przykleiły się do niego jak opony Pirelli podczas Grand Prix Formuły 1 i wtedy poszło: liczba kroków, przed miękkim tym razem lądowaniem, wzrosła co najmniej dwukrotnie, a gdy dorwałem cudzą zabawkę, która udawała chodzik (pierwsza kradzież w celach technologicznych w mojej karierze), to nawet trzykrotnie.
I tak oto, po dwóch, trzech dniach takiego turbo-treningu, grawitacja przestała mnie już gnębić tak bezczelnie. Mogłem z dumą oznajmić światu: „Się chodzi się!”. Większość czasu poruszam się na nogach i powoli raczkowanie odchodzi do lamusa, jak płyty winylowe, telefony stacjonarne i umiejętność czytania map papierowych. Co prawda, gdy muszę szybko się przemieścić, to przeważnie wybieram tę sprawdzoną formę poruszania (bo w sytuacjach kryzysowych zawsze wracamy do tego, co znamy najlepiej), ale tylko patrzcie, gdy zacznę normalnie biegać. Usain Bolt niech lepiej uważa! Za kilka miesięcy może się okazać, że jego rekordy to będzie żart w porównaniu z tym, co potrafię, zwłaszcza gdy ktoś będzie gonił mnie z miską pełną brokułów lub gdy zobaczę na horyzoncie półkę ze słodyczami. W takich momentach prawdopodobnie będę w stanie złamać barierę dźwięku, a przynajmniej barierę Stwórców próbujących mnie złapać.
