Jakiś czas temu zacząłem oglądać za Stwórcami bajki pełnometrażowe – jakby ktoś wrzucił mnie na głęboką wodę kinematografii, ale zamiast Tarantino wybrał Pixara. Decyzja rozsądna, bo Pulp Fiction mogłoby mi trwale zaburzyć pojęcie chronologii jeszcze zanim nauczyłbym się zegara.
Na początek poleciało Inside Out – ambitna próba wyjaśnienia psychologii człowieka przez pryzmat animowanych emocji, jakby Freud postanowił zostać scenarzystą Disneya. Nienajgorsza bajeczka, choć wyraźnie dla trochę starszych osobników – mniej więcej na poziomie studentów psychologii, którzy myślą, że rozumieją ludzkie emocje po przeczytaniu jednego podręcznika. Mimo to obejrzałem w całości, choć na raty – metodą tak sprawdzoną jak czytanie książki w metrze. Kawałek tu, kawałek tam, aż w końcu jakoś się składa w całość. Zmiana na lepsze nastąpiła przy drugim podejściu do oglądania, ponieważ wybór padł na “Cars” – dzieło, które dla fanów motoryzacji znaczy mniej więcej tyle, co “Top Gun” dla lotnictwa wojskowego, czyli wszystko i nic jednocześnie. Od dłuższego czasu regularnie czytam na dobranoc historię z tej bajki, więc znam ją prawie na pamięć – lepiej niż większość Brytyjczyków zna słowa swojego hymnu narodowego. Kiedy któregoś popołudnia Stwórcy zaproponowali obejrzenie całego filmu, usiadłem podekscytowany jak krytyk filmowy na premierze nowego Scorsese – tyle że zamiast czerwonego dywanu była wykładzina z resztkami klocków. Z niecierpliwością czekałem na start. Po kilku sekundach, gdy na ekranie pojawił się McQueen, mój entuzjazm wystrzelił do góry niczym rakieta Apollo 11 startująca do księżyca, a serce biło mi szybciej niż GPS próbujący znaleźć drogę w centrum Neapolu. I już tak zostało przez kolejną godzinę, podczas której przeżywałem każdy zakręt i każdą scenę z intensywnością Brazylijczyka oglądającego finał mistrzostw świata. Kiedy Stwórcy – w akcie rodzinnego despotyzmu, który zapisze się w naszych kronikach jak Wersal w historii Europy – wyłączyli telewizor mimo moich protestów, poczułem się jak himalaista, któremu kazano zawrócić kilka metrów przed szczytem. Jedyne pocieszenie było takie, że była sobota i następnego dnia mieliśmy dokończyć oglądanie. Od tego czasu obejrzałem “Cars” jeszcze kilka razy. W zasadzie to teraz lecą co weekend – z regularnością mszy niedzielnej, tyle że z większą liczbą zwrotów akcji i mniejszą ilością łaciny. Stałem się prawdziwym aficjonado tego dzieła, kinomanem-specjalistą w dziedzinie animowanych pojazdów i ekspertem od fikcyjnych wyścigów samochodowych. Co prawda była jeszcze próba podejścia do “Kung-Fu Panda” – filmu, który dla sztuk walki znaczy mniej więcej tyle, co “Mamma Mia!” dla szwedzkiej kultury narodowej. Ale szybko mi się znudziło i po kilku minutach stwierdziłem, że jednak wolę “Cars”. Zacząłem również oglądać “Cars 2”, ale jak to zwykle bywa z sequelami, nie jest tak dobra jak część pierwsza. Niestety.
Jak widać, moja obsesja McQueenem nie maleje – wręcz przeciwnie, rozwija się z żywiołowością przypominającą Beatlesów w latach sześćdziesiątych. Kolekcja resoraków z Cars powiększa się systematycznie niczym imperium brytyjskie w czasach Wiktorii – bezlitośnie, pewnie i z rosnącym poczuciem własnej mocy. Na urodziny zażyczyłem sobie oczywiście McQueena. Dostałem zestaw trzech aut od wujka Marka – najwyraźniej zrozumiał, że inwestycja w moje hobby motoryzacyjne to lepszy pomysł niż książki o przyrodzie czy klocki edukacyjne. Decyzja równie trafna jak wybór Churchilla na premiera w 1940 roku. Ojciec dorzucił kolejne trzy fury zakupione na OLX. Jedną już otrzymałem, dwie kolejne mam znaleźć w bucie na Mikołajki – tradycji tak starodawnej jak palenie czarownic, ale zdecydowanie przyjemniejszej w skutkach. No i dostanę jeszcze kolejną książkę z opowiadaniami o McQueenie, ale to niestety dopiero pod choinkę.
Poza Cars’ami, jestem jeszcze zafascynowany technologią. To chyba jednak nie przypadek, że większość posiadaczy małych dzieci twierdzi, że rodzimy się z telefonami w ręku. Od najmłodszych lat bawię się telefonami, tabletami i podkradam Stwórcom sprzęt – praktyka równie starodawna jak małpie zainteresowanie błyszczącymi przedmiotami. Uwielbiam przeglądać zdjęcia – co czyni mnie prawdopodobnie najmłodszym krytykiem fotografii współczesnej – a filmiki jeszcze bardziej, stawiając mnie w roli autorytetu krótkiej formy narracyjnej w duchu braci Lumiere. Korzystanie z komunikatorów internetowych to z kolei wkraczanie w świat cyfrowej komunikacji z gracją słonia w składzie porcelany. Gdy dorwę telefon Stwórców, odpalam WhatsAppa, krzycząc „gdzie ten łocap?” i wysyłam do wszystkich hurtowe ilości emotikonów. Najbardziej podobają mi się buźki, minimalnie mniej auta i piłki. Równie często odpalam Skype’a, by zadzwonić do babci Tereski – co czyni mnie prawdopodobnie najmłodszym użytkownikiem tej platformy od czasów, gdy Microsoft jeszcze wierzył, że to dobra inwestycja.
O graniu na tablecie oczywiście nie muszę wspominać – umiejętność równie naturalna jak oddychanie, tyle że wymagająca większej koordynacji palców. Choć ostatnimi czasy Stwórcy dość mocno ograniczyli mi do niego dostęp, wprowadzając system kontroli parentalnej przypominający bardziej cenzurę w Związku Radzieckim niż rozsądne zarządzanie czasem ekranowym. Teraz pozostaje tylko czekać na moment, gdy zażyczę sobie pod choinkę najnowsze PlayStation. Co prawdopodobnie nastąpi z takim samym prawdopodobieństwem, jak znalezienie dinozaura w ogródku babci. Ale człowiek może marzyć.
