16 views 6 mins 0 comments

ZOO.

In 2016
16 maja, 2016

W pierwszy weekend po powrocie z Anglii, czekał mnie kolejny „pierwszy raz”, co dobitnie potwierdziło, że moje życie nie tyle jest nasączone przygodami, co już się w nich właściwie topi. Powód? Zoo. Miejsce, gdzie dzikie bestie są starannie odseparowane od ciekawskich dzieci, co uważałem za całkiem rozsądne. Lepszy widok na lwa zza szyby niż spotkanie z nim oko w oko podczas porannego joggingu. Chociaż, w sumie, i to byłoby ciekawe, przynajmniej dla publiczności. Stwórcy byli szczęśliwi, bo mogli odhaczyć kolejny punkt z listy „atrakcje edukacyjne dla dziecka”. Ja też byłem szczęśliwy, bo „Zoo” to również miejsce, w którym można zobaczyć na żywo zwierzęta z moich książeczek i ubrań. 

Niedziela rano zaczęła się od naleśników z syropem klonowym. Wciągnąłem je tak szybko, że Stwórcy chyba zaczęli podejrzewać, że jestem kanadyjskim drwalem w ciele dwulatka. Potem wszyscy zapakowaliśmy się do naszego mikrusa i ruszyliśmy pustymi ulicami na drugi brzeg Wisły. Było tak spokojnie, że Ojciec prawie uwierzył, iż Warszawa potrafi być normalnym miastem bez korków. Na miejscu spotkało nas pierwsze rozczarowanie: parking. A raczej jego brak. Zamiast pod samym wejściem – luksus, do którego przyzwyczaili mnie Stwórcy – musieliśmy iść jakieś sto metrów pieszo. Sto. Metrów. W mojej skali to praktycznie himalajska wyprawa.

Po wejściu do zoo skręciliśmy w prawo i trafiliśmy na ptaki. Ptaki jak ptaki – jedne duże, inne małe, wszystkie udające, że są ciekawe. Były tu te z piórami, z dziobami, a nawet takie, które stały na jednej nodze, jakby ćwiczyły jogę. Z mojej strony entuzjazm raczej umiarkowany, więc szybko ruszyliśmy dalej w kierunku małp – tych najbardziej podobnych do ludzi stworzeń, które podobno mają nas bawić swoimi akrobacjami. Ale pech (dla Stwórców) chciał, że po drodze mijaliśmy fontannę, wokół której było dużo kamieni. I tu się zaczęła prawdziwa zabawa! To było jak objawienie. Zanim Stwórcy zdążyli cokolwiek powiedzieć, już wrzucałem pierwszy, drugi, dziesiąty kamień do wody. Każdy plusk był jak mały triumf nad grawitacją i nudą. Radość miałem taką, że Jeremy Clarkson w Arielu Atomie mógłby się ode mnie uczyć. Na szczęście bez deformacji twarzy. Stwórcy jakoś nie podzielali mojego entuzjazmu. Po dwudziestym którymś kamieniu zarządzili odmarsz do małp. Zareagowałem protestem na miarę Mahatmy Gandhiego – czyli płaczem i teatralnym padaniem na ziemię. Niestety, zostałem porwany na ręce i siłą deportowany w stronę małp. Małpy, o ironio, nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Może gdyby rzucały kamieniami do wody…

Ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu mojej ulubionej pandy – tej słodkiej, czarno-białej królowej mojego serca ze skarpetek i bodziaków. Okazało się niestety, że schowała się na drzewie, najwyraźniej nie mając ochoty na spotkanie z fanami. Stwórcy byli w stanie ją ledwo dostrzec, więc ja nawet nie próbowałem. Nie marnowaliśmy czasu tylko skierowaliśmy nasze kroki dalej w głąb ogrodu, zaliczając po drodze słonie (całkiem całkiem), żyrafy (not soł macz), lwa (zrobił szczególne wrażenie na Ojcu, ja natomiast ledwo go dostrzegałem) oraz rekina i hipopotamy. Weszliśmy też do akwarium i tam dopiero się zaczęła prawdziwa zabawa! Bardzo spodobały mi się rybki, do których mogłem pukać w szybkę, a każde pukanie wywołało jakąś reakcję po drugiej stronie szkła. Dalej minęliśmy wiele innych, mniej lub bardziej interesujących gatunków zwierząt, ale najwyraźniej nie zrobiły na mnie zbyt wielkiego wrażenia, skoro ich kompletnie nie pamiętam. To jak wspomnienia z koncertów – pamiętasz tylko te numery, które naprawdę cię poruszyły, reszta znika w mglistych zakamarkach umysłu. Pamiętam natomiast kamienie, które można było znaleźć w okolicach fok i których, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, nie mogłem dorzucić do wody. To była prawdziwa tortura – widzieć kamienie i wodę, ale nie móc ich połączyć w jedną piękną całość. A!! I niedźwiedzi polarnych też nie zobaczyłem, bo się pochowały. Prawdopodobnie obraziły się za brak śniegu.

Na szczęście finał wynagrodził wszystko. Tuż przed wyjściem doczekałem się w końcu na moją ukochaną pandę. Co prawda była sztuczna, ale za to piękna, biało-czarna i uśmiechnięta. Podobnie jak ja na jej widok. Jak się okazuje zdecydowanie największe atrakcje tej wycieczki do wrzucanie kamieni do wody i posąg pandy. Co tam jakieś dziwne żywe zwierzęta!

Visited 1 times, 1 visit(s) today