Teraz już mogliśmy rozpocząć prawdziwe wakacje. To znaczy te, o których marzysz, gdy siedzisz w biurze i udajesz, że słuchasz szefa opowiadającego o nowych procedurach. Zaczęliśmy od basenu i najbliższej plaży Galata. Nie przywitała nas jak Chorwacja, z ciepłym morzem, które gładzi cię po kostkach i prosi, żebyś się zrelaksował. Nie. Galata wysłała w nas fale wielkości małych kamperów, które waliły prosto w klatkę piersiową i kazały albo walczyć, albo odpuścić. Po dwóch latach spokojnej wody to było jak nagłe przerzucenie się z kojącej muzyki Norah Jones na koncert AC/DC, gdzie pierwsze trzy minuty jeszcze się uśmiechasz, a potem już tylko walczysz o życie. Skakaliśmy, nurkowaliśmy, dawaliśmy się ponieść — i za każdym razem, kiedy fala rzucała mnie na brzeg, miałem wrażenie, że jestem w scenie surfingowej z „Na fali”, tylko bez stylu Keanu Reevesa, z litrem wody w nosie i kilogramem piasku w kąpielówkach.
Kolejne dni miały swój rytm: najpierw basen, w ciągu dnia nowe plaże, a wieczorami Varna. Odwiedziliśmy tam również miejską plażę, gdzie woda była tak płytka, że można było wejść w głąb morza na jakieś sto metrów i wciąż udawać, że się pływa. Biała urzekła Stwórców swoją południową plażą — cicho, mało ludzi, słońce i piasek jak z pocztówki. Tylko woda zaczynała się głęboko już przy samym brzegu, więc nasze zabawy kończyły się szybciej niż serial, który skasowali po pierwszym sezonie. Po plażingu pojechaliśmy na wycieczkę do Nessebaru. Zjedliśmy tam pyszną kolację w restauracji Metropolia – same ryby i owoce morza, które były przepyszne. To było jak degustacja u kogoś, kto rzeczywiście zna się na swojej robocie, nie jak te miejsca, gdzie ryba smakuje jak karton, a cena sugeruje, że to kawior. Po kolacji przyszedł czas na zwiedzanie, które okazało się, delikatnie mówiąc, rozczarowujące. Piękne miasteczko? Tak. Tłumy turystów? Też tak. Wrażenie, że jesteś na planie „Igrzysk turystyki masowej”? Oj tak. Wróciliśmy bez żalu.
Kolejną wycieczkę zrobiliśmy na półwysep Kaliarka – wysokie klify (niestety, absolutnie nie do skakania), forteca, piękne widoki, które wyglądały jakby ktoś włączył filtr „epickość” na Instagramie. Zwiedzaliśmy w samo południe, co było mniej więcej tak mądrym pomysłem, jak organizowanie maratonu w Dolinie Śmierci, dlatego po tym wyczerpującym doświadczeniu udaliśmy się na odpoczynek na położoną tuż obok plażę Bolata.
Kolejne dni wyglądały podobnie – rano basen, później plaża, a wieczorem kolacja, kino i mecze EURO 2024. Idealny rytm wakacyjny, jak cztery ory roku Vivaldiego – pozornie proste, ale w rzeczywistości perfekcyjnie skomponowane. Czas płynął jak piasek przez palce, aż nagle był czwartek i trzeba było się pakować. Stwórcy zaplanowali powrót na trzy dni, ze zwiedzaniem Rumunii. Był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę – jak odkrycie, że twój ulubiony reżyser ma jeszcze jeden film, o którym nie wiedziałeś. Zaczęliśmy od Bukaresztu. Stwórcy podziwiali przepastny Pałac Ludowy i katedrę obok niego. Pałac to jeden z tych budynków, które sprawiają, że czujesz się jak mrówka patrząca na piramidę Cheopsa – imponujący, ale też przytłaczający w swojej megalomanii. My mieliśmy własny punkt programu: nowo otwartą rumuńską Żabkę, gdzie kupiliśmy lody, soki i lokalne desery. To był nasz mały Pałac Ludowy, tylko w wersji słodkiej. Kolejny przystanek na naszej drodze to Busteni, które okazało się przepięknym kurortem górskim, z perełką w postaci Zamku Peles. Zamek niestety był w remoncie – jak prawie wszystko w Rumunii! To kraj, gdzie obecnie co drugi zabytek wygląda jak Sagrada Famila – rusztowania, rusztowania i jeszcze więcej rusztowań. Ale i tak spacer po jego górskich okolicach sprawił Stwórcom wielką przyjemność. Czas jednak gonił – jak zawsze, gdy odkrywasz miejsce, w którym chciałbyś zostać dłużej – więc ruszyliśmy do Brasova. Po pierwszych minutach spaceru i zobaczeniu pięknego centrum – oraz ze względu na zamkniętą już kolejkę na pobliskie wzgórze a’la Hollywood – zapadła decyzja, że zostajemy na noc. Jak się okazało, było to posunięcie godne arcymistrza szachowego. Czasami najlepsze decyzje to te spontaniczne, jak gdy Pollock postanowił zacząć kapać farbą na płótno zamiast malować pędzlem. Spacerując po centrum, trafiliśmy na koncert lokalnej filharmonii, która grała muzykę filmową. Na żywo posłuchaliśmy najbardziej znanych utworów – Indiana Jones czy Mission Impossible. Wisienką na torcie była muzyka Star Wars na samym końcu. John Williams w wykonaniu rumuńskiej orkiestry, pod rozgwieżdżonym niebem Brasova – to jeden z tych momentów, które sprawiają, że wierzysz w magię przypadku, jak przeczytanie idealnej książki we właściwym momencie życia. Rano gondolą na wzgórze z hollywoodzkim napisem Brasov, panorama miasta, Czarna Katedra i… śniadanie, które lepiej byłoby zapomnieć. Półtorej godziny czekania na coś, co smakowało jak parodia kuchni w cenach co najmniej dwóch gwiazdek Michelin. Trochę wkurzeni ruszyliśmy w kierunku Sihishoary, która uratowała dzień. Miasteczko okazało się bardzo ładne – na wzgórzu kompleks kościelno-zamkowy, nie tak wyniosły i odpicowany jak kamienice w Wiedniu, ale za to z klimatem. Jak porównanie architektury gotyckiej z barokową – każda ma swój urok, ale inna filozofię piękna. Pochodziliśmy tam trochę, zrobiliśmy fajne zdjęcia i zjedliśmy bardzo kiepskie lody. Jak widać, jedzenie zdecydowanie nam nie sprzyjało tego dnia! Zobaczyliśmy jeszcze lokalną bazylikę i ruszyliśmy w kierunku Węgier. Niedaleko granicy rumuńsko-węgierskiej Matka rzuciła hasło „słodycze do pracy”, więc Ojciec poprosił ją o sprawdzenie jakiegoś większego miasta po drodze. Okazało się, że jest takowe – Oradea – i okazało się, że jest piękne! Zakupy słodyczy odeszły ad acta, za to udaliśmy się na wieczorne zwiedzanie. Miasto faktycznie jest bardzo ładne. Idąc głównym deptakiem, Stwórcom skojarzyło się z Barceloną – piękne, kolorowe, zdobione kamienice, mnóstwo obiektów sakralnych, no i plac Unirii, który zdecydowanie bierze przykład z Wiednia. Wszystko było odpicowane lub w trakcie odpicowywania (Rumunia = remonty, remonty, remonty). Oradea to było jak odkrycie, że artysta, którego znasz tylko z jednego obrazu, ma całą galerię wspaniałych dzieł. Aż szkoda, że mieliśmy tylko kilka godzin, żeby to wszystko podziwiać. Ale przynajmniej w końcu trafiliśmy na jakieś przyzwoite jedzenie. Nie ma to jak stary, dobry McDonald’s. Po tylu kulinarnych rozczarowaniach tego dnia, smakował jak powrót do dzieciństwa.
Ostatni dzień: Tatry Bielskie w przelocie, a potem Warszawa. 18:00, klucz w drzwiach, walizki w korytarzu. Zostały wspomnienia, trochę piachu w torbie i ta myśl, której nikt nie lubi: cały rok do następnych wakacji.
