Nie było do trzech razy sztuka, choć niewiele brakło. To zdanie brzmi jak tytuł piosenki Pet Shop Boys, której nikt nie napisał, ale wszyscy czulibyśmy, że ją znamy, ale tak właśnie było. Termin wakacji został wybrany dość późno, bo dopiero po ogłoszeniu wyników lata w mieście i przedszkolnych dyżurów wakacyjnych. Jak można było się spodziewać – a ja zawsze spodziewam się najgorszego – mieliśmy powtórkę z zeszłego roku. Ja dostałem terminy w czerwcu i sierpniu, Bruno w lipcu. Dlatego zaplanowanie tych dwóch miesięcy było jak próba zsynchronizowania trzech zegarków, z których każdy pokazuje inną godzinę i jeden dodatkowo cofa się o minutę co kwadrans. Zostały nam środkowe dwa tygodnie lipca, okres, w którym pół Europy próbuje wcisnąć się na te same plaże, a ceny noclegów rosną szybciej niż słupki rtęci na Saharze. Także pozostało tylko wybrać destynację i tu zaczęły się schody…
Jak już pewnie nie raz zdążyliście się zorientować, Ojciec to jeden z tych facetów, którzy potrafią planować zakup nowego telewizora przez pół roku, ale urlop rezerwują w ostatniej chwili, jakby wakacje były koncertem w klubie, na który bilety kupuje się przy wejściu. No i zaczął planować… Najpierw były Włochy. Och, te Włochy! Plan brzmiał jak mokry sen nastolatka-alpinisty z obsesją na punkcie futbolu i Top Gear: Monachium z wizytą w muzeum BMW (oczywiście), Alianz Arena (bo Ojciec wciąż żyje zwycięstwem Chelsea), kolejka na Zugspitze (żeby udowodnić, że nie jesteśmy zwykłymi turystami), przejazd przez Dolomity z zaliczeniem Tre Cime (znowu, nie jesteśmy klasycznymi turystami i lubimy piękne widoki), a na koniec Modena z muzeami Ferrari i Lamborghini (tu już nawet nie udawaliśmy, że to ma jakikolwiek związek z kulturą). Plan był fantastyczny. Fantastyczny jak pomysł Robbie’ego Williamsa na powrót do Take That, Czyli teoretycznie genialny, praktycznie niewykonalny. Po rozpisaniu szacunkowych kosztów okazało się, że łatwiej byłoby kupić jeden z tych Ferrari, niż sfinansować takie dwutygodniowe tournée całą rodziną.Kolejnym pomysłem był przelot w jakieś odleglejsze miejsce. To jeden z tych momentów, kiedy Ojciec zachowuje się jak ktoś, kto właśnie wygrał na loterii, ale zapomniał sprawdzić, ile wynosi główna nagroda. Gdzie by nie lecieć, koszty okazywały się zaporowe. Sprawdziliśmy wszystko: Grecję (za drogo), Turcję (za drogo), Hiszpanię, Portugalię, Albanię… za drogo, za drogo, za drogo. Wróciliśmy więc do mapy. Ojciec postawił veto na miejsca, w których już byliśmy, więc Istria i KRK odpadły w przedbiegach. Chorwacja dalej? Pięknie, ale dwa dni jazdy non stop (dziękuję bardzo, nie skorzystam) i wcale nie tanio. Ojciec skręcił więc bardziej na wschód, nad Morze Czarne. Rumunia wyglądała obiecująco: ciekawa, po drodze kilka rzeczy do zobaczenia, ceny mniej groźne. Ale po analizie noclegów wyszło, że najlepsza opcja to… Bułgaria. Śladami ojca sprzed trzydziestu lat. Co mogło pójść źle?
Odpowiedź: bardzo wiele! Ruszyliśmy wcześnie rano, co w praktyce oznaczało, że Ojciec budził całą rodzinę o szóstej, pakował samochód z werwą kogoś, kto składa meble IKEA na czas, i do dziewiątej byliśmy w drodze z trzygodzinnym opóźnieniem, ale za to w znakomitych nastrojach. Plan zakładał dojazd do Kluż-Napoki w Rumunii. Wszystko szło jak w szwajcarskim zegarku, dopóki nie zostaliśmy poproszeni o dowód rejestracyjny na granicy węgiersko-rumuńskiej. A dowodu rejestracyjnego Ojciec nie widział chyba nigdy. Ten moment był jak ta scena z każdego amerykańskiego filmu drogi, kiedy bohaterowie zdają sobie sprawę, że zapomnieli o jakimś kluczowym szczególe. Tyle że to nie był film, a rodzinne wakacje, które właśnie przestały być komedią, a stały się dramatem. Pan celnik odprowadził nas z powrotem na Węgry z miną kogoś, kto właśnie odmówił wstępu do klubu nastolatkom z fałszywym dowodem. Profesjonalnie, ale stanowczo. Był w piątek, godzina 16.30, najlepsza pora na takie awarie. No i się zaczęło – telefony, internety, guglowanie, sprawdzanie – panika w stylu, jakby Ojciec próbował znaleźć sposób na odtworzenie usuniętych przez pomyłkę wszystkich zdjęć z telefonu. Po konsultacji z wujkiem Radkiem zapadła decyzja o powrocie do Wrocławia i podmianie naszej Kii na jego, która dowód rejestracyjny posiada. Strata dwóch dni, dwa tysiące kilometrów ekstra. Ale była to jedyna opcja, żeby uratować wakacje. Gdy po kilku godzinach byliśmy już w okolicach Budapesztu – zadzwonił telefon. Wujek Radek znalazł nasz dowód rejestracyjny! Ale to nie był koniec dobrych wiadomości. Znalazł również autobus do Budapesztu, wyjeżdżający z Wrocławia dziś wieczorem. To był moment, kiedy wszystko układa się w idealne puzzle, ale cały czas masz wrażenie, że to tylko przerwa między kolejnymi katastrofami. Zawracamy. Rano ojciec odebrał dokument z miną fana, który właśnie dostał bilety na ostatni koncert ukochanego zespołu. Byliśmy uratowani. To była dla nas bardzo cenna lekcja – jak każda sytuacja, która zaczyna się od kompletnej katastrofy, a kończy na “właściwie to całkiem nieźle wyszło”. Z każdej sytuacji można znaleźć dobre wyjście, trzeba tylko próbować różnych rozwiązań i nie poddawać się. I mieć wujka Radka.
Budapeszt został zaliczony w trybie „esencja”: Baszta Rybacka, Zamek Królewski, Parlament, mosty. Dla mnie jednak najlepszym punktem zwiedzania był Stadion im. Puskasa. To jak dotknięcie świętego Graala dla kogoś, kto jest maniakiem futbolu i zna opowieści o Złotej Drużynie Węgierskiej. Puskas to nazwisko, które brzmi jak legenda, bo nią jest. Po nim był już czas na powrót do samochodu. Ale najpierw coś zjeść. Ojciec znalazł najbardziej tradycyjne jedzenie – co prawda nie węgierskie, ale włoskie. Pizza neapolitana w Budapeszcie. Jak się okazało, wybór nie mógł być lepszy. I wcale nie chodzi o jedzenie, które zresztą było pyszne. Restauracja była w pobliżu naszego zaparkowanego samochodu, blisko stacji benzynowej, na której musieliśmy zatankować, a tuż obok stacji był wielki mural Puskasa. To był jeden z tych momentów, kiedy wszechświat się uśmiecha i wszystko układa się w idealne combo.
Z pełnymi brzuchami i pełnym bakiem ruszyliśmy w kierunku Rumunii. Tym razem granicę udało się przekroczyć bez problemów. Dojechaliśmy aż do Hunedoary, gdzie przenocowaliśmy i rano zwiedziliśmy lokalny zamek. Trasa Transfagorska czekała na nas później – przejazd przez którą okazał się bardzo fajnym i wizualnie pięknym doświadczeniem. Droga pnie się esami-floresami prawie na sam szczyt pasma górskiego o wysokości 2034 metrów. Jedyny minus to straszne korki, jakby pół Europy postanowiło jednocześnie sprawdzić, czy ta cała Transfagorska rzeczywiście jest taka spektakularna. Po przejechaniu tunelem na drugą stronę góry, ruszyliśmy na południe wzdłuż jeziora Lacul Vidraru, gdzie w trzech miejscach spotkaliśmy prawdziwe niedźwiedzie. Siedzące sobie na poboczu drogi i czekające, aż jakiś nierozważny podróżny rzuci coś do jedzenia. To było trochę jak spotkanie celebryty na ulicy – ekscytujące, ale też trochę niepokojące, bo nie wiesz, czego się spodziewać. Po kolejnych godzinach jazdy i przekroczeniu granicy mostem na Dunaju dotarliśmy do Bułgarii. Ostatnie dwieście kilometrów – jak ostatnie piosenki na dobrym albumie, niby wiesz, że koniec, ale nie przeskakujesz.
Trafiliśmy do miejscowości Galata pod Warną, na bardzo spokojne małe osiedle, ale za to z całkiem sporym basenem. Mieszkanie było fajne, z wielkim telewizorem i Netflixem – co w dzisiejszych czasach jest ważniejsze niż widok na morze. Widok zresztą też był, z tarasu, z którego korzystali głównie Stwórcy. Bo oni wciąż uważają, że widoki są ważniejsze niż dobry internet. Po drugiej stronie ulicy była restauracja Zelenika, której zostaliśmy stałymi bywalcami. Jej specjałem był tradycyjny kotlet schabowy po wiedeńsku, na pół talerza, który Bruno codziennie pochłaniał w całości, łącznie ze sporą ilością frytek, deserem i obowiązkową colą. Robił to z entuzjazmem kogoś, kto właśnie odkrył, że istnieje jedzenie lepsze niż nuggetsy McDonalda. Były też potrawy bułgarskie, a z nich najbardziej smakował nam Sacz z mięsem i warzywami zapiekany w żeliwnym garnku i podawany cały skwierczący.
I tak oto podróż, która zaczęła się jak katastrofa Titanica, skończyła się całkiem przyjemnie. Czasami najlepsze przygody to te, które w ogóle nie miały prawa się udać.
