22 views 5 mins 0 comments

WAKACJE 2017.

In 2017
15 sierpnia, 2017

Nareszcie! Moje trzecie wakacje w krótkim, ale intensywnym życiu. Nie żebym wcześniej miał dużo roboty i obowiązków – mój kalendarz nie przypominał terminarza premiera czy dyrektora generalnego Apple – ale jednak wakacje to wakacje. Ta magiczna różnica między czasem strukturyzowanym a czasem wolnym, między obowiązkiem a przyjemnością, między tym co trzeba a tym co się chce. Początki nie napawały jednak optymizmem, jak to często bywa w życiu, które rzadko rozpoczyna się od happy endu. Nasz wyjazd opóźnił się o prawie tydzień, bo Cośkowa rodzina postanowiła solidarnie się przeziębić. Przeziębienie to taki demokratyczny wirus: nie interesują go twoje wakacyjne plany, marzenia ani rezerwacje. Bierze wszystkich po kolei, jakby odhaczał listę obecności. Miało to jednak również dobre strony, bo życie zawsze ma w sobie coś z ekonomii – każda strata generuje jakiś zysk, a każde opóźnienie otwiera nowe możliwości. Odwiedzili nas wujek Michał i ciocia Magda z Wiktorem i Dominikiem. Dzięki temu zwiedziliśmy razem trochę Warszawy i zjedliśmy pyszne lody. Nie muszę chyba dodawać – choć dodam z entuzjazmem godnym kronikarza królewskiego – że przywieźli prezenty! Dostałem McQueena zdalnie sterowanego, a Brat zabawkowego pilota do telewizora, którego zresztą szybko przejąłem w ramach prawa starszego i silniejszego do rekwizycji atrakcyjniejszych zabawek.

Gdy się w końcu wykurowaliśmy, ruszyliśmy na Mazury. I jak zwykle bardzo mi się podobało. W tym roku było jeszcze lepiej niż w poprzednim, bo jako ten prawie dorosły trzylatek, mogłem cały czas bawić się z chłopakami, a i oni z chęcią bawili się ze mną. O wspólnym oglądaniu bajek na dobranoc chyba nie muszę wspominać?! Pogoda również była zdecydowanie lepsza niż przed rokiem, więc spędziliśmy dużo czasu nad jeziorem i zaliczyliśmy kilka spacerów w lesie. Do tego doszyły tradycyjne kajaki i tu muszę się pochwalić – wykąpałem się w rzece! Nie w basenie, nie w wannie, ale w prawdziwej, płynącej rzece, z nurtem i rybami, z zimną wodą i tym specyficznym zapachem.

Odwiedziliśmy też ciocię Wandzię w jej domu. Podczas wizyty okazało się, że nagle strasznie zgłodniałem i Matka chciała wracać do domu, a ciocia na to:

– To idźcie zjeść, a Bruno zostanie ze mną. 

Ten pomysł zdecydowanie nie przypadł mi do gustu. Zostawić brata? Mojego brata? Nie! Szybko zareagowałem z determinacją właściciela broniącego swojej własności:

– Ciociu! Oddaj mi brata! To jest mój brat! 

Wywołało to lawinę śmiechu Matki. Nie muszę dodawać, że zjeść poszliśmy wszyscy razem. Jeśli już mowa o dobrych tekstach to było ich całkiem sporo. Któregoś razu bardzo stęskniłem się za Matką, która akurat karmiła Brata i jakoś za nic nie chciała przerwać i zająć się mną. Co za problem pomyślałem i rzuciłem „Mamo! Nie karm go cycusiem. Niech Tata nakarmi go butelką!”. Nie wiedzieć czemu wywołało to podwójną salwę śmiechu, zarówno u Matki, jak i u Ojca. 

I tak sobie te wakacje mijały – dzień po dniu, chwila po chwili, jak piasek w klepsydrze. Spędziliśmy je na dobrej zabawie i w doborowym towarzystwie. Niestety czas płynął zdecydowanie za szybko – jak to zawsze z pięknymi momentami, które chciałoby się zatrzymać na zawsze. A przez opóźniony wyjazd wydawało się wręcz, że podwójnie szybko – matematyka subiektywnego odczuwania czasu, gdzie tydzień stracony na początku sprawia, że reszta mija w przyspieszonym tempie. A ze względu na moje dni adaptacyjne w przedszkolu nie mogliśmy zostać dłużej i w połowie sierpnia ruszyliśmy z powrotem do Warszawy. Ale zabraliśmy ze sobą wspomnienia – te najprawdziwsze skarby, które nie zajmują miejsca w bagażu, ale wypełniają serce na długie miesiące jesieni i zimy.

Visited 1 times, 1 visit(s) today