52 views 7 mins 0 comments

TROPIKALNE PRZEMYŚLENIA.

In 2025
13 sierpnia, 2025

Indonezyjska odyseja, czyli jak staliśmy się bohaterami własnego filmu przygodowego. To był nasz „naj” wyjazd w historii! Najdłuższy (co oznacza, że Matka miała rację, chcąc zabrać trzy i pół szafy), najdalszy (Google Maps w pewnym momencie po prostu się poddało) i – bez żadnej fałszywej skromności – najlepszy. Skakaliśmy z jednego środka transportu na drugi jak bohaterowie kreskówki: samochód, samolot większy, samolot mniejszy, statek, łódka – chyba brakowało tylko latającego dywanu. Wachlarz emocji był rozpiętości przęseł najdłuższego mostu świata (nie wiem nawet który to jest, ale brzmi dobrze). Było wszystko – od pełnej euforii, łez szczęścia i śmiechu, po ekstremalne zmęczenie na ataku paniki kończąc. 

Zwiedzanie było, jak gra z nieskończonymi poziomami: raz oglądaliśmy imponujące zabytki, innym razem wdrapywaliśmy się na punkty widokowe, żeby patrzeć na świat z góry, a czasem zatapialiśmy się w dziką przyrodę, jakbyśmy wpadli do magicznego lasu tropikalnego. Dosłownie. Dzikie zwierzęta były tuż obok – małpy wyciągały do nas łapki, żółwie morskie pływały spokojnie jak miniaturowe łodzie podwodne, a my czuliśmy się, jakbyśmy znaleźli się w filmie Davida Attenborough. Stwórcy szyli zwiedzanie pod potrzeby wszystkich członków rodziny, więc nie było tylko zabytków i galerii sztuki, ale i zwierzaki, kąpiele w wodospadach czy wizyty na stadionach. Podróże, mimo że często długie (do domu wracaliśmy dwa dni) nie były tak bardzo męczące, bo mieliśmy zorganizowane ciekawe przerywniki, jak zwiedzanie zabytków Jawy, meczetu w Abu Dhabi czy stadionu i muzeum BMW w Monachium. 

Zobaczyliśmy różne twarze Indonezji. Dżakarta, wielka metropolia rozciągająca się po horyzont, dzikie tereny Jawy z piękną roślinnością i zabytkami. Bali – zatłoczone i głośne Denpasar, mała i głośna przy głównej drodze Candidasa i oraz jej miła i chicha odmiana zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Tropikalny las w środku miasta w Ubud i dzika przyroda w okolicach Langaham Sweet. Wyspy Gili to raj bez pojazdów spalinowych, które wręcz zmuszały do chillowania i relaksu. Plaże były jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiedzieliśmy na co trafimy: od rajskich, które wyglądały jak obrazki w albumach podróżniczych, po takie, które błagały o sprzątanie. Piękna dzika przyroda obok miejsc brudnych, zniszczonych i zaśmieconych przypominała, że świat potrafi być równocześnie piękny i okropny. 

Na Bali trafiliśmy chyba najlepiej jak się dało. Cała okolica Candidasy okazała się idealnym miejscem dla tych, którzy chcą odpocząć od zgiełku – spokojna, niezatłoczona i pełna lokalnych knajp z pysznym jedzeniem, w bardzo przystępnych cenach. Virgin Beach to genialne miejsce na plażing. Co nam się jednak mniej podobało to brak wolności, jeśli mogę to tak ująć. Wszędzie trzeba było dojechać, co oznaczało wynajmowanie kierowcy (lokalny Uber niezbyt dobrze działał w tej okolicy). Nie był to duży problem, ale jednak trzeba było się dostosowywać do jakiegoś harmonogramu. Problem ten rozwiązał się sam na Gili, gdzie wszędzie jeździliśmy rowerami, a runda dookoła wyspy zajmowała dwadzieścia minut. Dopiero tam Stwórcy mogli się naprawdę zrelaksować i było to miejsce, w które z chęcią byśmy jeszcze wrócili, co w przypadku Ojca, który nienawidzi jeździć dwa razy w to samo miejsce, mówi samo za siebie.

No i jeszcze jedzenie. Stwórcy spróbowali prawie wszystkich lokalnych specjałów. Nasi Goreng (ryż z jajkiem, warzywami i mięsem), Mie Goreng (makaron w podobnej wersji), Cap Cay (gotowane warzywa z kurczakiem lub bez), a także mnóstwa ryb i krewetek. My raczej trzymaliśmy się klasyki – Bruno z zachwytem wrzucał w siebie frytki plus nuggetsy oraz fish and chips, a ja delektowałem się różnorodnymi daniami z ryżem. Jedliśmy w bardzo różnych restauracjach – od tanich lokalnych Warungów (gdzie nie wiesz, co jesz, ale jest pysznie) po droższe lokale (gdzie wiesz, co jesz, ale nie wiesz, czy będzie pysznie) i targ rybny na Gili (gdzie wszystko jest świeże, bo ryba była jeszcze rano w wodzie). Największym hitem (przynajmniej dla Stwórców) okazały się jednak egzotyczne owoce oraz zrobione z nich soki – Mangosteen, Dragon Fruit czy Snake Fruit.

Te wakacje przypomniały nam coś, o czym czasami zapominamy, siedząc w domu i oglądając Netflixa: świat jest pełen cudów. I nie mówię tu o jakichś wielkich filozoficznych prawdach – po prostu o tym, że każdy dzień może przynieść coś, czego się nie spodziewałeś. Chcemy więcej jeździć, więcej odkrywać, więcej się zachwycać. Bo świat jest zdecydowanie zbyt ciekawy, żeby siedzieć w domu i myśleć o tym, co moglibyśmy robić, gdybyśmy w domu nie siedzieli.

Visited 4 times, 1 visit(s) today