17 views 4 mins 0 comments

SZPITAL MIĘDZYLESIE.

In 2025
07 maja, 2025

Z naszej majówki wyszła w tym roku… doktorówka i szpitalówka w jednym. I tak, zgadliście — główną rolę w tej produkcji znów zagrałem ja. A zaczęło się zupełnie niewinnie: jakieś dwa tygodnie wcześniej pojawił się u mnie delikatny ból jądra. Nic wielkiego, ale wiecie — takich spraw się nie ignoruje, prawie nigdy. Pewnego wieczoru zameldowałem więc Ojcu, że jedno jąderko trochę mnie boli. On, jako człowiek konkretny, od razu przeszedł do przesłuchania:


– Uderzenie? Kopnięcie? Skręcanie wora?

– Nic z tych rzeczy – odparłem, lekko urażony tym ostatnim podejrzeniem.

Ponieważ ból był niewielki i pojawiał się tylko czasami, Ojciec uznał, że będziemy monitorować sytuację, a jedyne zalecenie brzmiało: „zero głupich zabaw w tych rejonach”.

Potem przyszła majówka. Przy zejściu z Kowadła trochę ponarzekałem, ale podczas kolacji ból cudownie odpuścił, więc mogłem ganiać z chłopakami po całej wielkiej restauracji i jej najbliższej okolicy. Niestety, w hotelu ból powrócił i to w wielkim stylu. Wystarczył jeden rzut oka Stwórców i już wiedziałem, że nie będzie dobrze. Matka od razu umówiła teleporadę na rano, a ja przyłożyłem sobie do bolącego miejsca coś zimnego z lodówki i poszedłem spać z nadzieją, że do rana przejdzie.

Nie przeszło. Lekarka kazała natychmiast jechać do lekarza. Ojciec rzucił się do internetu w poszukiwaniu chirurga dziecięcego — a przypominam, była sobota 3 maja, czyli idealny dzień na awaryjne sprawy medyczne. Cudem znalazł otwartą przychodnię we Wrocławiu, więc szybko zapakowaliśmy manatki i ruszyliśmy całą ekipą. USG przyniosło półdobre wieści: skrętu jądra nie było, tylko skręt przyczepka. To takie maleństwo, które jest potrzebne zupełnie do niczego, ale jak się okazuje, potrafi narobić dużego zamieszania. Zalecania brzmiały: leki przeciwzapalne, obserwacja, a jak nie przejdzie — antybiotyk. Nie przeszło. Po powrocie do Warszawy kolejne USG i lekarz stwierdził krótko: „Do szpitala. Trzeba wyciąć.” Problem: Ojciec był z powrotem we Wrocławiu, więc cała zorganizowana akcja spadła na Matkę. Pojechaliśmy do szpitala dziecięcego w Międzylesiu, wskazanego nam przez lekarza. Sam zabieg poszedł sprawnie, ale znieczulenie… o, to był dramat. Czułem się tak źle, że się rozpłakałem, bo nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Poza tym byłem dzielny. Matka zresztą też. Po wszystkim czułem się całkiem dobrze, więc we wtorek późnym popołudniem wróciliśmy do domu, a ja mogłem wrócić do w miarę normalnego trybu życia. No, poza jednym szczegółem: zakaz jakiegokolwiek sportu przez cztery tygodnie. A dla mnie, człowieka od piłki nożnej, to jak zakazać psu merdania ogonem — niby można żyć, ale co to za życie…

Visited 1 times, 1 visit(s) today