19 views 7 mins 0 comments

SZOPPING.

In 2015
02 kwietnia, 2015

Waga: ponad 9 kilo. Wzrost: 73 centymetry. Rosnę jak na drożdżach. Aż strach pomyśleć, co się stanie, gdy zacznę na poważnie ćwiczyć. Pudzian mógłby się wtedy schować w szafie z odżywkami i udawać, że go nie ma. Ale póki co ucinam sobie codzienną drzemkę na balkonie. Deszcz ze śniegiem smaga w szyby, termometr pokazuje coś między sześcioma a siedmioma stopniami, a ja – w kombinezonie, pod kocem – śpię jak sułtan. Czasem tylko odpalam alarm, kiedy wypadnie mi smoczek. Ojciec biegnie wtedy jak ochroniarz do sejfu – szybki, zdyszany i zdeterminowany. Wszystko to trochę przypomina camping, tylko bardziej luksusowy i z room service.

Moje życie z tygodnia na tydzień robi się coraz ciekawsze. Urozmaicono mi dietę – teraz już zajadam marchewkę, pietruszkę, ziemniaki, a nawet brokuły i kurczaka. O owocach, które uwielbiam, nawet nie wspominając. Nowe potrawy spodobały mi się tak bardzo, że mleko pijam tylko nocą – strategia, która gwarantuje budzenie Matki przynajmniej dwa, a w porywach do trzech razy na noc. To moja mała zemsta za te wszystkie razy, kiedy kładła mnie spać, gdy właśnie robiło się ciekawie. Ruchowo też nieźle mi idzie. Potrafię przewrócić się i na plecy, i na brzuch, ćwiczę pozycję do raczkowania, a siadanie stało się moim ulubionym sportem. Śmigam wprawdzie głównie do tyłu i na boki – taka wersja demo – ale za to po całym parkiecie. I zawsze znajdę sobie coś nowego do demolki. Na przykład stolik na kółkach – potrafię przyciągnąć go i zrzucić wszystko z półki. Albo książki z szafki telewizyjnej – przesuwam, tasuję, układam po swojemu. Już teraz Stwórcy mają pełne ręce roboty. Aż boję się pomyśleć, co się stanie, gdy ruszę do przodu… albo, nie daj Boże, stanę na nogi. Jedno jest pewne – nudy w tym domu już nigdy nie będzie.

No i gadżety! Najważniejszy upgrade: druga fura. Ale zacznijmy od początku, bo to jest historia o tym, jak zamienić prosty zakup w międzynarodową operację logistyczną. Przed którymś wyjazdem postanowiono zakupić nowy pojazd, aby Matka mogła mnie wyprowadzać na spacer bez pomocy Ojca – co teoretycznie brzmi jak rozwiązanie problemu, który wcześniej nawet nie był problemem. Założenia były proste – fura miała być lekka, zwrotna i łatwa w obsłudze. Najpierw szybki rekonesans w Świecie Dziecka, aby poznać wybrane modele organoleptycznie. Brzmi naukowo, w praktyce oznacza “pomacać i sprawdzić, czy się nie rozwali w trzy sekundy. Sprzedawca był tak zaangażowany, jakby mu się właśnie skończyła zmiana, więc pozostały przemyślenia, konsultacje i klasyczne: „musimy się z tym przespać”, co w praktyce oznaczało odkładanie czegoś, co i tak już było postanowione. Wizyta numer dwa nastąpiła niedługo później. Teraz już wszystko było ustalone, pozostawał więc tylko wybór koloru – zadanie pozornie proste, ale w wykonaniu moich Stwórców równie skomplikowane jak wybór kierunku studiów. Tym razem sprzedawca okazał się bardzo miły, uprzejmy i – co najważniejsze – posiadał sporą i użyteczną wiedzę na temat wózków. W związku z tym zaproponował inny model, na zakup którego Stwórcy po szybkim namyśle się zdecydowali. Był tylko jeden mały problem – trzeba było na niego czekać co najmniej 2-3 tygodnie, co w świecie instant gratification brzmi jak wieczność. Z pomocą przyszedł Ojciec i jego magiczne „dojczland uber alles”. Kilka telefonów po niemieckich sklepach i bum – bingo. Po trzech dniach kurier zaparkował mi nowiutkiego Maclarena Questa w salonie. Denimowa wersja, z daszkiem przeciwsłonecznym, błyszcząca i gotowa do akcji. Ain’t life fuckin’ great?

Jakby tego było mało, to kilka dni temu dostałem jeszcze tron. Prawdziwy tron do spożywania posiłków. Z jego zakupem, jak nigdy przedtem, nie było kompletnie żadnych problemów – co samo w sobie było tak niezwykłe, że zasługuje na osobny rozdział w dziejach rodziny. Żadnych rozterek, żadnych niewiadomych, żadnych przemyśleń, żadnych filmów na YouTube, żadnych międzynarodowych operacji zakupowych. To była jedna z tych rzeczy, która od razu po wejściu do sklepu krzyczy “kup mnie! kup mnie!” – i to w sposób, który nie brzmi desperacko, tylko przekonująco! A kiedy okazało się, że był to jedyny dostępny egzemplarz, Ojciec szybko poprosił o jego zapakowanie i rachunek, jakby kupował ostatni bilet na ostatni koncert Rolling Stonesów. Po przybyciu do domu okazało się, że fotel pasuje do wnętrza, jakby projekt mieszkania zaczął się od tego krzesełka. To był jeden z tych magicznych momentów, gdy przypadek okazuje się lepszy niż najlepiej zaplanowana strategia.

Także jadam już przy stole, mam dobre widoki na mieszkanie i mieszkańców, dużo zabawek dookoła i do tego mogę przywalić łapą w blat, co jest nieocenioną korzyścią w komunikacji międzyludzkiej. Żyć nie umierać normalnie!

Visited 1 times, 1 visit(s) today