19 views 3 mins 0 comments

TU SIĘ ODDYCHA.

In 2015
17 czerwca, 2015

„Aaaachhhhh. Alpy. Tu się oddycha! Nareszcie czuję, że jestem wolny!” jak mawiał klasyk. Tak, wiem. Gdyby ktoś mnie usłyszał w tym momencie, prawdopodobnie pomyślałby, że mogłem się odrobinę odkleić. Bo przecież stoję na zielonej trawce na podwórku w Świętajnie, a nie na szczycie Mont Blanc. Powietrze jest mazurskie, a nie alpejskie, a ta moja wolność nadal przypomina raczej półotwartą klatkę niż prawdziwe wyzwolenie. Ale wiecie co? Czasem trzeba po prostu pozwolić sobie na odrobinę teatralności, zwłaszcza gdy kalendarz uparcie twierdzi, że to jeszcze wiosna, a termometr śmieje mu się prosto w twarz, pokazując temperatury jak na lipcowym urlopie w Chorwacji.

Tak oto trwają moje pierwsze letnie wakacje. Mój codzienny rytuał wygląda następująco: jak tylko skonsumuję śniadanie (zazwyczaj jakąś żałosną próbę naśladowania Jamiego albo Gordona), robię się absolutnie nie do zniesienia. To jest jasny sygnał, że czas pobytu w czterech ścianach dobiegł końca i najwyższy czas na dotlenianie mózgu. Pierwsze szaleństwa na świeżym powietrzu nie trwają jednak zbyt długo – gwałtowne uderzenie tlenu działa na mnie jak narkolepsja ekspresowa i po godzinie padam jak kłoda. Ale po drzemce i przekąszeniu drugiego śniadania, zabawa jest już na całego.

Na początku mój świat ograniczał się do dwóch metrów kwadratowych koca, gdzie miałem wszystko pod kontrolą. Ale już pierwszego dnia spojrzałem na tę zieloną, dziwnie łaskoczącą powierzchnię wokół i pomyślałem: to wygląda podejrzanie, ale trochę kusi. Wyciągnąłem rękę, wyrwałem kilka źdźbeł i zrozumiałem, że od jutra muszę spróbować czegoś więcej. Kolejnego dnia stawiałem pierwsze kroki po trawie z powagą Neila Armstronga stawiającego pierwsze kroki na Księżycu. Na początku tylko delikatnie się wychylałem poza bezpieczną strefę, ale z czasem nabrałem odwagi i poczynałem sobie coraz śmielej, oddalając się na zawrotną odległość kilkunastu centymetrów. Wkrótce okazało się, że największym wrogiem są… kolana. Kłuło jak diabli. Musiałem więc wymyślić własny styl poruszania się – „pająka na wybiegu”. Wyglądałem jak postać z filmu Monty Pythona, ale przynajmniej nic mnie nie kłuło.

I tak mijały kolejne dni: ja kontra trawa, ja kontra owady, ja kontra własne ograniczenia ruchowe. W sumie to całkiem epicka trylogia. Aż strach pomyśleć, co będzie, jak wrócimy do miasta. Sama wizja czterech ścian przyprawia mnie o mdłości. A jeśli w dodatku przyjdą upały i Stwórcy nie zamontują klimatyzacji… to będzie la granda afera. Mówiąc krótko: będzie prze… kichane.

Visited 1 times, 1 visit(s) today