24 views 8 mins 0 comments

ŚWIĘTA 2018.

In 2017
27 grudnia, 2017

W tym roku były pierwsze wspólne Święta dla naszej czwórki. Taki moment, który w rodzinnych narracjach urasta do rangi wydarzenia historycznego — jak pierwsze igrzyska olimpijskie, odkrycie Ameryki albo przynajmniej pierwszy sezon serialu, który wszyscy jeszcze wtedy lubili. 

Na długo przed tym, zanim grudzień w ogóle pomyślał o nadejściu – gdzieś w erze geologicznej zwanej „wczesna jesień” – napisałem list do Mikołaja. List był konkretny, treściwy i nacechowany zdrową dziecięcą chciwością. Prosiłem o dużo prezentów. Ale przede wszystkim o Dusty’ego. Samolot. Legendę. Nową miłość mojego życia. Nie wiem czy już wspominałem – choć prawdopodobnie tak, bo dzieci mają tendencję do częstego powtarzania ważnych informacji – ale moja miłość do McQueena trochę zmalała. Ta wielka pasja, która definiowała mnie przez ostatnie miesiące, nagle zaczęła blaknąć jak stare zdjęcie wystawione na słońce. Teraz rozkwitła nowa miłość, nowa obsesja, nowy obiekt uwielbienia. Dusty Popylacz. Stwórcy przez chwilę nawet się z tego powodu ucieszyli – te naiwne istoty myślały, że zmiana zainteresowań oznacza koniec obsesyjnego zachowania. Ta radość trwała jednak bardzo krótko — jak większość rodzicielskich złudzeń. Nowa miłość przerodziła się w kolejną małą obsesję – te same wzorce, tylko z innymi bohaterami. Ale kto by się przejmował takimi rzeczami? Obsesje są domeną dzieciństwa, normalną częścią rozwoju, sposobem na poznawanie świata przez całkowite zanurzenie się w jednym temacie. W każdym razie Mikołaj został zawiadomiony o moich potrzebach prezentowych – list został sporządzony i przekazany przez właściwe kanały. Wyczekiwałem więc Świąt z wielką niecierpliwością, która sprawia, że każdy dzień ciągnie się jak wieczność. Mój mały Braciszek, jako że nie zdaje sobie jeszcze sprawy z istnienia Mikołaja – żyje w błogiej nieświadomości całej tej świątecznej mitologii – nie przejmował się tym wszystkim tak jak ja. Ani tym bardziej nie podzielał mojej wielkiej ekscytacji, która rosła z każdym dniem jak ciasto na drożdżach.

Plan świąteczny był piękny, logiczny i całkowicie nierealny. Na Mazury mieliśmy wyjechać w czwartek, ale jak to zwykle bywa, życie miało własną wersję wydarzeń i wyjechaliśmy dopiero w sobotę. W środę, po przedstawieniu w przedszkolu – w którym zresztą bardzo niechętnie uczestniczyłem, bo bycie pastuszkiem albo aniołkiem nie było moim marzeniem życiowym – przewiało mnie. Organizm, jak rasowy sabotażysta, postanowił zadziałać w najmniej odpowiednim momencie. Wieczorem zacząłem smarkać, pierwszy zwiastun nadchodzącej katastrofy. W kolejnych dniach mój stan bardzo powoli, ale systematycznie się pogarszał – jak kursy akcji na giełdach w 2008 – stopniowy, nieubłagany trend spadkowy. Oczywiście najgorzej czułem się podczas podróży. Kichałem średnio czterdzieści razy na godzinę. Statystyka, którą Stwórcy pewnie prowadzili w głowie z rosnącym przerażeniem. Jak możecie się domyślić, nie wpłynęło to zbyt dobrze na zdrowie moich współtowarzyszy podróży – bo wirusy nie respektują granic prywatności. Bruno zaraz po przyjeździe również zaczął kichać i tak zaczęła się epidemia rodzinna. A później było tylko gorzej.

W Wigilię nasz stan był tak kiepski, że zapowiadało się szybkie pójście spać – rozsądna decyzja z medycznego punktu widzenia, katastrofa z perspektywy dziecka oczekującego na Mikołaja. Groziło to brakiem spotkania z Mikołajem, na co absolutnie i pod żadnym względem nie mogłem sobie pozwolić! To była kwestia honoru, kwestia wiary, kwestia całego sensu tego wieczoru. Dlatego też oznajmiłem wszem i wobec – z determinacją generała ogłaszającego strategię bitewną – że nie pójdę się ani kąpać, ani spać dopóty, dopóki nie spotkam się z Mikołajem. Ultimatum było jasne, warunki nie podlegały negocjacji. No i tak też się stało. Wola dziecka okazała się silniejsza niż choroba. Mikołaj spisał się na medal i przyniósł naprawdę dużo prezentów. Mój list musiał do niego dotrzeć, bo pierwszy prezent, który otworzyłem to był Dusty! Ten sam Dusty, o którym marzyłem, którego chciałem, którego potrzebowałem. Jak można się domyślić, reszta już kompletnie mnie nie interesowała – bo gdy marzenie się spełnia, wszystkie inne rzeczy stają się tłem, nieistotnym szumem. Brat również musiał być grzeczny w tym roku, bo dostał pełno nowych zabawek i wykazywał nimi całkiem spore zainteresowanie, choć zdecydowanie bardziej zafascynowany był papierem, w który były zapakowane i który za wszelką cenę usiłował skonsumować, jakby to była jakaś szczególnie smaczna przekąska.

Choroby niestety nie odpuszczały i całe moje Święta wyglądały mniej więcej tak:

Pobudka. Syrop jeden, drugi, trzeci. Smarkanie. Odciąganie gili. Sprawdzanie gorączki. Odciąganie gili. Smarkanie. Syrop. Lek przeciwgorączkowy. Syrop. Smarkanie. Odciąganie. I tak dalej, i tak dalej. Pętla medyczna, która się powtarzała z precyzją szwajcarskiego zegarka. Oczywiście Brat miał podobną procedurę, a niedługo później dołączył do nas również Ojciec – wirusy nie dyskryminują według wieku, płci czy pozycji w rodzinie. Na szczęście nie przeszkadzało mi to ani odrobinę w tradycyjnym robieniu bałaganu i zabawach. Dzieci (nawet chłopcy) mają w sobie tę zdolność do ignorowania własnej choroby, gdy jest coś naprawdę ważnego do zrobienia – jak rozpakowywanie prezentów, bieganie z Dustym po całym domu i tworzenie chaosu charakterystycznego dla świąt. 

To były nasze pierwsze wspólne Święta we czwórkę. Chaotyczne, pełne gili i syropów. Ale nasze. Dokładnie takie, jakie powinny być.

Visited 2 times, 1 visit(s) today