Dawno, dawno temu – choć w rzeczywistości nie było to tak dawno, żeby mówić o epoce kamienia łupanego, raczej o czasie wakacyjnego scrollowania Facebooka na indonezyjskiej plaży, gdzieś między Bali a Gili. Matka natknęła się na ogłoszenie koncertu Stinga. W Polsce. W Gliwicach. W okolicach jej urodzin. Los, przypadek czy algorytm Meta — nieważne. Ważne, że kliknęła. Bo jak sama mawia: jeśli chcesz dostać fajny prezent, to najlepiej zorganizuj go sobie sam. Tutaj mała dygresja odnośnie Gliwic dla tych, którzy nie orientują się w polskiej geografii emocjonalnej. Gliwice to nie jest pierwsze miejsce, które kojarzy się z gwiazdami rocka czy tantrycznym seksem – raczej z przemysłem i tym, że nikt dokładnie nie wie, gdzie to jest, dopóki nie sprawdzi w mapach. Ale Sting najwyraźniej postanowił, że po latach koncertowania w miejscach typu Royal Albert Hall czy Madison Square Garden, nadszedł czas na Śląsk. Może chodziło o jakąś duchową pielgrzymkę w stylu Julii Roberts w Eat Pray Love (trzymając się klimatów wakacyjnych), a może po prostu jego manager źle przeczytał mapę. Ale wracając na plażę, po kliknięciu zajęliśmy się plażingiem, a sprawa, jak to zwykle bywa, wpadła w czeluść zapomnienia. Do czasu, aż kalendarz uprzejmie przypomniał: halo halo, koncert za tydzień. Wtedy, rzecz jasna, zaczęła się klasyczna rodzinna logistyka w stylu polskiego Mission: Impossible.
– Jak my dojedziemy?
– Kiedy wyjedziemy?
– Brać wolne?
– Co ze szkołą?
– Nocujemy czy wracamy?
To były pytania, które w naszej rodzinie brzmią jak refren, a odpowiedzi zawsze padają w wieczór przed wyjazdem, gdzieś między pakowaniem majtek a kłótnią o to co jeszcze zabrać, a co zostawić. To w naszej rodzinie jest standardem operacyjnym. Ostatecznie wszystko, jakimś cudem, się spięło. Wyjechaliśmy po szkole, zaliczyliśmy rytualnego Maka (jak każdy porządny roadtrip), a potem obowiązkowy postój w Biedronce po zapasy, jakbyśmy jechali na Syberię, a nie na jeden wieczór do Gliwic. Na miejscu zaczęła się Operacja Parking. Matka chciała kupić miejsce przez stronę organizatora koncertu, ale gdy Ojciec dowiedział się, że kosztuje 60 złotych, najpierw prawie dostał zawału serca, a potem wygłosił płomienną mowę o „wyrzucaniu pieniędzy w błoto”, która brzmiała jak połączenie kiepskiego kaznodziei z forumowiczem z Onetu. Darmowy parking znajdziemy, powiedział. I znalazł. Co prawda 20 minut spaceru od hali, ale przecież ruch to zdrowie. Oczywiście dopóki nie wraca się po koncercie po 22:00, z bolącymi nogami i Snickersem zalegającym w żołądku. Wtedy taki spacer wydaje się jeszcze mniej atrakcyjny niż praca Syzyfa. Na szczęście mapy Google okazały się bardziej pomocne niż niejedna rodzinna narada — boczne uliczki, kilka zakrętów i proszę, wolne miejsce jak z objawienia.
Do hali dotarliśmy półtorej godziny przed czasem. Jak się okazało, nie było żadnych „rozgrzewaczy” – tego współczesnego wynalazku koncertowego, gdzie nieznana kapela gra przed gwiazdą, dając publiczności czas na wyrobienie sobie opinii, że „niezłe, ale jednak przyszliśmy na kogoś innego”. Spędziliśmy więc ten czas na klasycznych koncertowych rytuałach: stanie w kolejce po colę, potem po Snickersa, a potem po coś bardziej konkretnego – zapiekankę i hot doga. To była ta część wieczoru, w której Stwórcy czuli się jak w PRL-u, tylko z terminalami do płatności zbliżeniowych.
Koncert zaczął się dziesięć minut przed czasem, czyli dokładnie wtedy, gdy chłopaki kończyli hot dogi, a Matka postanowiła udać się do toalety. To był ten rodzaj ironii, który sprawia, że człowiek zaczyna wierzyć w spisek wszechświata przeciwko niemu, jakby Murphy był nie tylko autorem praw, ale też reżyserem naszego życia. Ale nic straconego – zdążyliśmy na Roxanne, Every Breath You Take i inne utwory, które zna nawet ten, kto nigdy nie słuchał Stinga, bo przecież radio Zet dba o edukację muzyczną narodu. To były te piosenki, które ludzie śpiewają pod prysznicem, nie wiedząc, że Every Breath You Take to tak naprawdę utwór o stalkingu, a nie o romantycznej miłości, ale trudno, niech im będzie. Przez półtorej godziny Matka była w stanie czystej euforii, ja też byłem zachwycony, a Bruno narzekał tylko, że „nogi trochę bolą” – co, jak na niego, było niemal poezją. Strategia wyjścia była opracowana w najmniejszych szczegółach, jak lądowanie w Normandii, tyle że chodziło o jak najszybsze wydostanie się z hali przed tłumem. Po ostatniej piosence, a przed bisami – bo bisy są dla ludzi, którzy nie muszą rano do szkoły – szybko udaliśmy się do szatni odebrać kurtki. Po bisach dołączyła do nas Matka, która jednak nie mogła zrezygnować z tych kilku dodatkowych piosenek (prawdziwy fan pozostaje do końca, nawet jeśli oznacza to korek na parkingu), i żwawym krokiem udaliśmy się do samochodu. Potem już tylko pół godziny jazdy do hotelu. Oczywiście obaj szybko zasnęliśmy, w końcu sen w samochodzie to jeden z najprzyjemniejszych snów, rodzaj narkozy bez skutków ubocznych, gdzie budzisz się w zupełnie innym miejscu, jakbyś się teleportował. W hotelu szybko przebraliśmy się w piżamy i nim nasze głowy dotknęły poduszek, już spaliśmy. Zęby? Nie, dziękuję, dziś wyjątkowo odpuszczamy higienę na rzecz snu.
Rano brutalne przebudzenie – szósta rano, jakbyśmy byli w wojsku albo w tanich liniach lotniczych. To godzina, o której nawet ptaki jeszcze się zastanawiają, czy warto wstawać. Szybkie pakowanie i po kilkunastu minutach byliśmy w drodze do Warszawy. Około dziewiątej zawitaliśmy do Lubaszki na Racławickiej, gdzie zakupiliśmy śniadanie i drugie śniadanie, a potem rozdzieliliśmy się jak bohaterowie po napisach końcowych: my do szkoły, Stwórcy do pracy. I tak zakończył się nasz pierwszy rodzinny wyjazd koncertowy. Pełen emocji, kalorii, improwizacji i absolutnego chaosu, który – jak się okazuje – potrafi być całkiem przyjemny. Bo może o to właśnie chodzi w rodzinnych przygodach: żeby nic nie wyszło idealnie, ale za to wszystko wyszło razem.
